Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pro-ana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pro-ana. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lipca 2022

50 Do przodu

Wczoraj wieczorem zrobiłam ćwiczenia rozciągające mięśnie karku, bo - jak już Wam wspominałam - bardzo często mnie bolały. Jestem pozytywnie zaskoczona. Mimo że spałam znowu w niewygodnej pozycji, tym razem nic mnie nie boli. Same ćwiczenia trwały max 3-4 minuty. Będę je wykonywać co wieczór. Nie potrzebuję żadnego sprzętu, nie muszę podskakiwać... Spróbuję też dzisiaj poćwiczyć tak bardziej ogólnie. Ominę różne podskoki, żeby nikt mi nagle nie przyszedł do pokoju i nie zadawał głupich pytań. 

Rano zjadłam dwie kanapki z białym twarogiem, takim prawdziwym. Mówię Wam - jeżeli tylko macie możliwość takiego spróbować, kupcie sobie. Od razu poczujecie różnicę. Potem wypiłam latte bez cukru i zjadłam pół kawałka jakiegoś ciasta z wiśniami. 

Gotowałam zupę z młodych buraczków i warzywek - pora, ziemniaków, marchewki. Wyjdzie pyszna! Jest niezabielana i nie zamierzam do swojej porcji dodawać śmietany ani jogurtu. Siedzę nad researchem do magisterki już drugi dzień, ale materiału do przejrzenia ubywa. W tym tygodniu powinnam już wiedzieć, mieć ogólny zarys, z czego będę korzystała. 

Wczoraj czytałam (w zasadzie - męczyłam) tę książkę. Spodziewałam się, że akcja będzie rozgrywała się we Włoszech, co sugeruje sam tytuł, no ale przeliczyłam się. Polecicie coś w wakacyjnym klimacie?

Dzisiaj pomagałam mamie przy kiszeniu ogórków. Lubię tego typu zajęcia - potem na zimę można coś otworzyć do obiadu. Wypiłam przed chwilą kolejną latte. Będę jadła zupę buraczkową. 

Mimo tego wczorajszego napadu, czuję się dobrze. Trzymam się z dala od tej szafki, zresztą kawa pomaga zniwelować odczucie słodyczowego "głodu". 

Na drugie 2 małe ziemniaki, jajko sadzone i tarte buraczki. Potem ćwiczenia na brzuch, uda, ramiona, pośladki i rozciąganie mięśni karku. Nie jestem przyzwyczajona do ćwiczeń. Ała. Boli. Teraz prysznic i kolejny rozdział książki (nienawidzę zostawiać niedoczytanych powieści...). 


środa, 13 lipca 2022

49 Zmiana myślenia? (napad)

Wstałam o 8:00, ugotowałam po raz pierwszy od roku owsiankę i wkroiłam do niej banana, a to dziwne, bo kiedyś, jeszcze na licencjacie, jadłam owsiankę prawie codziennie.

Trochę czytam, trochę robię research do magisterki. Piję latte. Śmieję się zawsze, że moja idealna kawa to w 2/3 mleko, a tylko w 1/3 kawa. Rano wyszłam na zewnątrz, żeby podłapać trochę słońca i porzucać piłkę mojemu psu (uwielbia to). 

Tradycyjnie już będę aktualizować ten post. 

Mama nareszcie powiedziała mi, dlaczego się do mnie nie odzywała - była zła o to, że w czwartek nie zadzwoniłam do niej (a dzwoniłam codziennie) i nie powiedziałam jej, że wracam w piątek do domu. Pytała mnie o studia, czy wszystko na pewno mam pozaliczane - "siedzisz ciągle z laptopem i nie wiem, czy się uczysz do jakiejś poprawki, czy o co chodzi". Powiedziałam zgodnie z prawdą, że przygotowuję się do pisania magisterki i że czytam już lekturę, bo w letnim semestrze kilka razy nie dałam rady z natłokiem obowiązków (praktyki, studia, egzaminy) i potem czułam się po prostu źle.

Do tej latte zjadłam kawałek ciasta tego samego, co wczoraj, z owocami. Moja ciocia (siostra mamy) zaprasza nas w niedzielę na imieninowy obiad. Nie dam rady się od tego wykręcić. A taki obiad będzie składał się z mnóstwa dań. Oczywiście, mogę sobie nałożyć jakiejś sałatki i tak zrobię. Mimo wszystko, przeraża mnie to (no i  znając życie, wszyscy będą zainteresowani tym, co kto ma na talerzu - tak tu po prostu jest...)

Nie zjadłam dzisiaj zupy. Wiem, zachowuję się pewnie jak niezrównoważona nastolatka, bo oszukałam mamę z tą zupą... Żałosne, prawda?

Muszę zacząć ćwiczyć. Zaraz poszukam jakichś - na początek - dość prostych ćwiczeń. Mój brzuch to porażka. Tak samo uda. Chodzę teraz w legginsach i widzę dwa tłuste balerony, gdy siadam. Ohyda. Przyznaj się, że masz ochotę wpieprzać słodycze i że ta przeszklona szafka w pokoju sprawia, że aż się trzęsiesz.

Wiecie, co stało się katalizatorem tej zmiany myślenia? Mój dawny dziennik. I uświadomienie sobie, że jeżeli nie będę miała kontroli nad tym, co jem i ile jem, to nie będę miała kontroli nad niczym innym. 

Miałam przed chwilą klasyczny napad. 400 dodatkowych kalorii. 2 batoniki z zakazanej szafki. I tylko dlatego, że akurat były pod ręką, a nie dlatego, że miałam ochotę na słodkie. Mogłam zjeść tę zupę albo banana. Nawet z łyżeczką masła orzechowego. A tak... Puste, niepotrzebne kalorie. 

Nie rozumiem tego - zachowywałam się jak zombie, jakbym była na jakimś autopilocie. Muszę jeść częściej, ale mniejsze porcje. I nie siedzieć w tamtym pokoju, żeby już nic mnie nie kusiło. Pobrałam dwie aplikacje - z ćwiczeniami na brzuch, nogi, pupę i ramiona, i apkę z ćwiczeniami do rozciągania. Często boli mnie kark, niekiedy plecy. Śpię w dziwnych pozycjach, przesiaduję przy komputerze. Mało się ruszam (przeszłam może 1 km z psem na spacerze). 

Ł (mój partner) dopytuje, co się dzieje, że nie odbieram telefonów. Powiedziałam mu, że nie miałam potrzeby/ochoty z nim rozmawiać. Tak to już ze mną jest - potrafię tęsknić, gdy wyjdzie do sklepu na 10 minut i nie czuć nic, gdy nie widzimy się przez miesiąc albo i dłużej (na początku znajomości widywaliśmy się dwa razy do roku - on w Krakowie, ja byłam wtedy w Poznaniu na studiach). 

Bliska mi osoba napisała do mnie z pytaniem, co u mnie słychać. M proponowała mi kiedyś szpital, sama leczyła się w ośrodku zaburzeń odżywiania. Cieszyła się, gdy mówiłam jej, że przybieram na wadze. A teraz... Szkoda gadać. 

Jestem wściekła na siebie, ale nie zamierzam robić głodówki. Zresztą... Przy pilnującej mnie mamie jest trudno. Cudem udało mi się nie zjeść tej zupy (teraz żałuję).

Wieczorem był grill. Zjadłam trochę ogórka ze śmietaną, kromkę przypieczonego na grillu chleba i małą kiełbaskę. Do tego sok jabłkowy i herbata. 

Nie wiem, czy chcę chudnąć. Na pewno chciałabym utrzymywać wagę. Czuję się zdrowo, mam energię. Dorzucę trochę ćwiczeń i powinno być ok - powinnam pozbyć się tych grubych ud i brzucha. Zawsze szło mi w boczki i właśnie w uda. Dzisiaj tylko rozciąganie. Potem szybki prysznic, rozdział książki (męczę ją od kilku dni) i spać.


wtorek, 12 lipca 2022

48 Dzień jeden z wielu

Spałam dzisiaj do 9:00. Mama ma urlop, więc siedzi w domu. Trochę rozmawiamy, częściej jednak każda z nas zajmuje się swoimi sprawami. Wczoraj zjadłam na kolację kisiel, który zalewa się wodą w kubku (zapomniałam jak się nazywa...). Dzisiaj na śniadanie zjadłam dwie kanapki z twarożkiem, solą i pieprzem. Na drugie śniadanie miałam kawałek ciasta z owocami (malinami) i kawę z mlekiem, a właściwie to mleko z kawą bez cukru. Czy czuję się źle, że tyle zjadłam? Tak. Jednocześnie wiem, że sama próbuję na nowo wejść na tę drogę, z której kiedyś zawróciłam. Popieprzone to. Przez jakiś czas jadłam wszystko, na co miałam ochotę , ale potem przychodziły ogromne wyrzuty sumienia i chęć zradykalizowania swojego podejścia do jedzenia - chęć kontroli. 

Czytam lekturę, którą będziemy omawiać na studiach dopiero w październiku. Powinnam przesłać tytuł mojej pracy magisterskiej do promotora, ale ciągle nad nim myślę. Wysyłam kolejne CV. Oglądam odmóżdżające programy w TV (w Krakowie w ogóle nie mam telewizora, więc sobie rekompensuję ten brak). Usunęłam Instagrama, żeby nie porównywać się dłużej z nikim. Prawdopodobnie ugotuję zupę, żeby mama mogła trochę odpocząć, bo mimo urlopu i tak wszyscy czegoś od niej chcą. Nasze relacje są nadal nienajlepsze - wróciłam do domu w piątek, idąc z dworca z olbrzymim plecakiem przez 3 km, bo nie chciałam jej informować, że przyjeżdżam - nie odzywałam się do niej przez kilka dni, gdy byłam w Krakowie, bo męczyło mnie to, że nawet nie zapytała, jak spędziłam urodziny. Nie chciałam tylko wysłuchiwać jej problemów i narzekania. 

Wczoraj zrobiłam sobie pachnącą kąpiel i spa dla włosów. Użyłam odżywki, którą dostałam od przyjaciółki w prezencie (ona też lubi dbać o włosy). Jestem zadowolona z tego, że ich kondycja poprawiła się znacznie od czasów gimnazjum i nie są już spuszone. Oczywiście, nie są grube i gęste - i nigdy takie nie będą, ale ja cieszę się, że urosły i już nie sięgają ramion. Wiem, że gdybym o nie nie dbała tak jak dbam do tej pory, prawdopodobnie musiałabym ściąć je na krótko. 

Będę aktualizowała ten wpis, - pewnie wieczorem lub po południu - a teraz zabieram się za czytanie.



Mój obojczyk (musiałam bardzo się postarać, żeby utrzymać te porzeczki...)


Obojczyk, o którym marzę

I o takim też

Zjadłam zupę pomidorową z makaronem, potem wypiłam kawę z mlekiem, a potem miałam straszną ochotę na słodkie i zrobiłam sobie kakao. W międzyczasie zmywałam, jadłam porzeczki z ogródka i wyrywałam jakieś mikro chwasty (według mojej mamy nie można po prostu chodzić po ogrodzie i nic nie robić, bo to straszne marnotrawstwo czasu). Pewnie będę musiała jeszcze zjeść jakieś drugie danie. I zjadłam - 2 małe ziemniaki i 2 ogórki kiszone. 

Chyba łatwiej mi ze sobą, gdy wiem, co i ile zjadłam... 



poniedziałek, 11 lipca 2022

47 Słodko-gorzki smak kontroli

Od kilku dni jestem w domu. Wczoraj odwiedziła mnie moja przyjaciółka i spędziłyśmy razem naprawdę miłe popołudnie. Zamówiłam pizzę, miałyśmy pójść na spacer, ale się rozpadało i ostatecznie przegadałyśmy kilka godzin.

Zrozumiałam, że choćbym nie wiem jak się starała, druga, nawet najbliższa osoba w pełni nigdy nie pojmie, czym są zaburzenia odżywiania - ile niosą ze sobą lęku, samotności, rozpaczy, przygnębienia. Sama powiedziała mi, że ona tego nie rozumie, jednak mnie wspiera i jest gotowa zawsze mnie wysłuchać. To dużo i bardzo to doceniam. 

To dziwne, bo nie byłam w stanie zjeść przy niej więcej niż pół kawałka pizzy. Coś mnie blokowało. Po jej odjeździe jak głupia rzuciłam się na ten kawałek, który został. Czy możecie sobie wyobrazić, jak bardzo to upokarzające? 

Wczoraj przed zaśnięciem czytałam blogi z lat 2013-2015. Zastanawiałam się, czy te dziewczyny nadal walczą (choć może zmieniły front), co dalej się stało z ich życiem. Wczoraj też znalazłam swój dziennik z czasów, gdy miałam 18 lat i ważyłam - teraz mogę powiedzieć, ile na pewno to było - 46-47 kg. Moim wymarzonym celem były 42 kg, tyle, ile ważę obecnie. Powiem Wam, że bardzo współczułam tej dawnej sobie - bardzo niepewnej, nieśmiałej. Bardzo też ją podziwiałam. Potrafiła jeść po 500 kcal, nawet mniej. 

Chciałabym mieć tę kontrolę. To straszne, bo jedna część mnie chce być zdrowa i cieszyć się życiem. Druga część mówi mi jednak - znowu będziesz zapisywać co zjadłaś, ile to ma kalorii i to da Tobie szczęście. 

Której z nich wierzyć?

Zdaję sobie sprawę, że moja waga jest niska. Mimo to, moje ciało nie jest idealne. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ćwiczyłam. 

Jest godzina 10:48. Zjadłam od 6:00 kilka plasterków pomidora. To śmieszne i infantylne, ale cieszę się, że moja mama myśli, że zjadłam pełne śniadanie. Czyżby to był też mój sposób, by wyrwać się spod jej kontroli? 

Idę zrobić sobie kawę (jak cieszy mnie fakt posiadania ekspresu do kawy!). Wiecie, z czego jestem dumna? Wystarcza mi kostka czekolady, nie muszę już (!) zjadać całej tabliczki. Dzisiaj może skuszę się też na jedną kostkę do kawy (z mlekiem, ale bez cukru). 

Czuję na razie pustkę w żołądku. To euforyczne odczucie. 

Bardzo lubię takie maseczki do twarzy. Ta pewnie będzie za duża na moją (mam dość wąska buzię), ale i tak mnie mega cieszy 

Zmieniłam wygląd bloga. Muszę wprowadzić kilka małych korekt, ale na razie cziluję przy kawie

Chciałabym mieć znowu tę cholerną kontrolę.

Edit: zjadłam zupę pomidorową z makaronem i kawałek zapiekanki, która została od wczoraj

Skusiłam się na kostkę czekolady (niestety)

Znalazłam blog pewnej dziewczyny, od którego zaczęła się moja "przygoda" ze światem motylków http://wierzezesieuda.blogspot.com/ już od dawna nieaktywny, ale różne emocje na nowo do mnie powróciły... Chciałabym wierzyć, że przynajmniej jej się udało z tego wyjść i dlatego już nie odpisuje na komentarze. 

Chciałabym wierzyć, że z Merr jest podobnie - że nie zagląda na bloga, bo chce odciąć się od tego syfu. A czy ja też tego chciałam wtedy, gdy tak szumnie ogłaszałam, że koniec z niejedzeniem i niszczeniem swojego zdrowia? Powinnam była wtedy odejść. Usunąć bloga. Coś mnie tu jednak trzyma. Boję się, że tym razem na opamiętanie się będzie już za późno. 

....więc wyjdź stąd i nigdy nie wracaj... 






wtorek, 14 września 2021

19 I już po wszystkim

Byłam już od kilku dni niewyspana, zestresowana, zmęczona i bardzo płaczliwa. Wczoraj pozwoliłam sobie na dwie łyżeczki masła orzechowego, poza tym nie zapisywałam, co jadłam przez te dni. Mam chyba gdzieś zapisany bilans z wczoraj, ale opublikuję go wraz z dzisiejszym trochę później. 

Jestem zadowolona, wyczerpana psychicznie, ale szczęśliwa. Obroniłam pracę na 5 (zdalnie) dzisiaj o 9:00 rano. W komisji był mój Promotor, który pokrzepiająco się do mnie uśmiechał i sam się denerwował, gdy odpowiadałam na pytania, recenzent mojej pracy, z którego pozycji naukowych korzystałam w pracy (i odpowiednio dużo razy wymieniałam jego nazwisko) oraz przewodniczący, którym był pewien profesor, u którego na II roku miałam chyba trzy poprawki, ale on nie wydawał się mnie pamiętać. "Obudziłam się" około 4:00. Wczoraj do północy powtarzałam materiał i uczyłam się odpowiedzi na pytanie od Promotora, a potem nie mogłam zasnąć. Zasnęłam chyba na dwie godziny, nawet nie wiem, bo po "przebudzeniu" czułam się tak jakbym zamknęła oczy tylko na kilka minut. Leżałam w łóżku i w myślach powtarzałam odpowiedź na pytanie od Promotora. 

Aga pytała mnie, co studiuję - dziennikarstwo. I to nie jest ponury żart. W liceum stwierdziłam, że tylko mając kontakt z innymi ludźmi (i to dosyć bezpośredni), jestem w stanie "wyleczyć" moje lęki społeczne. Na praktykach rok temu wydarzyła się pewna sytuacja, po której bardzo zwątpiłam w swoją "terapię szokową". Psycholożka, do której poszłam, uświadomiła mi, że to był błąd, że w tym wypadku klina nie wybija się klinem. Może kiedyś Wam opowiem, co się wtedy wydarzyło; teraz nie chcę do tego powracać.

Moja Mama dzisiaj pojechała później do pracy. Została w domu, żeby mnie wspierać. To było miłe, mówiła mi, że mam się nie przejmować, że wszystko będzie dobrze. Doceniam to, naprawdę. Gdy wróci (a ja przywiozę Siostrę z "pracy"), mamy się dokądś wybrać, by świętować. Tata dopiero przyjedzie wieczorem, ale już mi gratulował przez telefon. 

Teraz czekam na maila z dziekanatu z załącznikiem zaświadczenia o zdaniu egzaminu licencjackiego. W przyszłym tygodniu czeka mnie wyjazd do Poznania, gdzie studiowałam, żeby podziękować Promotorowi. Muszę przyznać, że w tych ostatnich dniach pomógł mi - wyjaśnił wszystkie wątpliwości, powiedział, do kogo się zwrócić o to zaświadczenie. Chyba dam Mu jakiś "lepszy" alkohol i "lepszą" kawę. 

W przyszłym tygodniu będę chciała pojechać do Ł do Krakowa. Muszę poszukać jakiegoś pokoju do wynajęcia i zdaję sobie sprawę, że nie będę miała takiego szczęścia jak w Poznaniu, gdzie wynajmowałam pokój za 500 zł ze wszystkimi opłatami. Były też pewne... niedogodności (właścicielka z problemem alkoholowym i jej dziecko, które noc w noc potrafiło głośno oglądać bajki, przez co nieraz musiałam interweniować, żeby się choć trochę przespać). Może i o tym Wam kiedyś opowiem. Mam kilka dość zabawnych historyjek związanych z tym okresem. 

Teraz rozpocznę nowy rozdział w życiu - blisko Ł, w nowym mieście, z nowymi znajomymi, blisko jednej mojej Przyjaciółki, więc będziemy mogły nareszcie widywać się częściej niż te kilka razy do roku. Za to będę dalej od drugiej mojej Przyjaciółki, jednak liczę, że nadal będziemy się spotykały, mimo tej odległości.

Bilanse dodam wieczorem. Może dodam też jakąś thinspirację, zobaczę, na co ciekawego natrafię.

Trzymajcie się! Oczywiście BARDZO Wam dziękuję za słowa wsparcia w komentarzach <3 

Edit: musze odespać te dwie prawie nieprzespane noce. Bilanse i thinspiracje wstawię tu jutro

niedziela, 12 września 2021

18 Bez zmian

 Przed chwilą się zmierzyłam. Bez zmian. W sumie, to nawet się cieszę. Dzisiaj Ł powiedział do mnie (wysłałam Mu swoje zdjęcia; On jest chyba jedyną osobą, której nie obawiam się wysyłać swoich zdjęć), że wyglądam niepokojąco i pytał, ile ważę. Ja wiem, że Ł robi to z troski o mnie i Jego pytania mnie nie irytują. Ubrałam się dzisiaj "sprytnie", czyli tak, żeby wyglądać możliwie najszczuplej - ciemny, dłuższy kardigan i spodnie w bardzo podobnym do niego kolorze, tak więc uzyskałam efekt, o jaki mi chodziło. Kardigan zasłonił moje paskudne uda, dlatego uznałam, że jest naprawdę w porządku. 

Do tej pory zjadłam:

Śniadanie:

jajko z solą

kawałek chleba z masłem

herbata

II śniadanie:

herbata

mały kawałek sernika na zimno

kawałek ciasta keks 


Tak, w niedziele zawsze jem więcej (a będzie jeszcze obiad i kolacja). Bardzo chciałabym już być po wtorkowej obronie (pewnie napiszę to jeszcze z tysiąc razy). Wczoraj uczyłam się jakoś do 1:30. Nie dałam rady dłużej. Dzisiaj też posiedzę do tej godziny, mimo że jutro muszę wstać o 6:00, najpóźniej o 6:15. Mam nadzieję, że niedziela mija Wam spokojnie i leniwie. Jeszcze zaktualizuję ten wpis. 

Obiad:

zupa buraczkowa z niecałą łyżką śmietany 12%

1 ziemniak

trochę surówki z białej kapusty i marchewki

roladka ze szpinakiem i czosnkiem (nie wiem, z czego była, nie smakowała za bardzo jak mięso)

Kolacja:

jabłko

pół kubka kawy z mlekiem i łyżeczką cukru



Na pewno jeszcze wpadnie kawa z mlekiem i cukrem na pobudzenie plus może herbata. Oglądam aktualnie "Skazaną" na Playerze (w oczekiwaniu na nową Chyłkę). Już 19:00. Przeczytałam notatki dwa razy, obejrzałam teraz w przerwie od nauki odcinek "Skazanej" i zjadłam jabłko. Nie smakowało mi. Jakieś takie... bez smaku. Może trafiłam na jakiś ewenement, nie mam pojęcia. 

Boję się wtorku. Łatwiej mi z tym strachem, gdy o nim opowiem (padło na Was, sorry). Co prawda, jedno pytanie znam (to, które sama ułożyłam zamiast Promotora), ale dwóch pozostałych - nie. Wydaje mi się, że ogólne pytania umiem na 70%. To wciąż nie wystarcza. Co do pytań z mojej specjalizacji - jest duużo gorzej. Umiem je może w 25% dopiero. Idę teraz naolejować włosy. Mniej się niszczą, a końcówki wolniej się rozdwajają. 

sobota, 11 września 2021

17 Waga i nieidealny bilans

Mam już dosyć. Wszystkiego i wszystkich - nauki, rodziny, nawet Ł. Płakałam dzisiaj już kilka razy i nic nie zapowiada, że to koniec. Wieczorem wejdę na wagę i się zmierzę (oficjalnie. Nieoficjalnie już się zważyłam). Brak ćwiczeń i ruchu, wesele i poprawiny, dużo siedzenia przed komputerem - oto główni winowajcy tego, jak wyglądam i się czuję. 

Rozważam poważnie dzisiejszą wieczorną i nocną naukę. Dzisiaj przejrzałam tylko to, czego nie umiem i ze strachu odłożyłam na bok. Jeżeli chcę zdać (a chcę), muszę poświęcić kilka nocnych godzin. I kropka. Chyba będę tu pisała nocą co pół godziny, żeby się jeszcze bardziej zmotywować i nie iść spać. Inaczej znowu zasnę po myciu i znowu rano będę robiła sobie wyrzuty, że się nie pouczyłam. Już wiem, że nauka w łóżku w moim przypadku nie ma sensu - po prostu zasypiam podczas czytania. Plan na dziś jest taki: jeszcze trochę posiedzę nad pytaniem dla Promotora, bo chcę, żeby miało ono "ręce i nogi", zbiorę pościel, która się wietrzy, wykąpię się szybko (trudno, dziś nie będzie dwugodzinnego leżenia w wannie) i uczę się. A, po myciu się zważę i dodam to tutaj plus dzisiejszy bilans.

Dam radę i ogarnę te cholerne pytania! (Czy ja Wam mówiłam, że obronę mam we wtorek?). Niby jeszcze dwa dni, ale chciałabym poświęcić je na powtórki, nie na naukę. 

(Dzisiaj mija mój 19 dzień bez czekolady!)

Bilans:

Śniadanie:

kromka chleba z masłem i... pasztetem (nic innego nie było, Rodzice dopiero zrobili zakupy przed południem)

herbata

II śniadanie:

serek homogenizowany waniliowy (ma w ogóle całkiem ok liczbę kalorii, jest on z Piątnicy, ale nie wiem, gdzie kupiony)

kilkanaście winogron

mały kawałek sernika z brzoskwiniami

herbata

Obiad:

zupa buraczkowa z łyżką śmietany 12%

5 małych knedli ze śliwkami

Kolacja:

kromka chleba z masłem i twarożkiem z solą

kabanos

herbata (którą właśnie piję)

W moim idealnym świecie nie zjadłabym sernika, pasztetu i kolacji. Niedługo się okaże, jak wiele brakuje mi do pierwszego celu - 41 kg. Idę się myć, zważyć i zmierzyć. Trzymajcie kciuki!

A więc... 41,8 kg. Spodziewałam się 42, mogę powiedzieć tak z ręką na sercu. Zmierzę się jutro, dzisiaj nie mogę znaleźć miary, nie wiem, gdzie ostatnio ją położyłam. 

Oglądałam mecz siatkówki. Polska vs Finlandia. Ładne 3 sety, dużo asów i bloków po naszej stronie. Następny mecz Polacy grają z Rosją we wtorek. Nie wiem, czy którakolwiek z Was lubi siatkówkę...? Ja lubię oglądać. Z racji niedużego wzrostu i małej siły (zgadnijcie, komu piłka nie chciała przejść przez siatkę...) niezbyt chętnie byłam wybierana do gry przez koleżanki w szkole :D Dlatego też zawsze wolałam przyglądać się innym.

Biorę się za naukę. Jest 22:27. Pierwszą przerwę zrobię o 23:00.


piątek, 10 września 2021

16 Bilanse, licencjat, nauka i inne takie

 Przychodzę do Was z bilansem z ostatnich dwóch dni (niepełnym, bo gdybym miała przynajmniej orientacyjnie podać, co zjadłam wczoraj na weselu, chyba bym oszalała. Jadłam potrawy, których nawet nie umiem nazwać :D Ale malutko, po troszku, byleby było widać, że coś na tym talerzu jest). Przejdźmy może do tego, co ważniejsze. BILANSE!

Żeby była jasność - nie jestem z nich szczególnie zadowolona. Ciągle jem za dużo, niektóre rzeczy mogłabym sobie odpuścić np. masło orzechowe i dwie kanapki, które "miłosiernie" zrobiła mi Mama i przychodziła co chwilę, żeby sprawdzić, czy zjadłam... A ja nie chciałam bawić się w ukrywanie jedzenia i wyrzucanie go później. Może powinnam była tak zrobić...?

8.09 (środa)

Śniadanie:

kromka chleba z masłem i twarożkiem

herbata

Obiad:

2 ziemniaki

kieszonka z mięsa z grzybami w środku

trochę surówki z kapusty i marchewki

Kolacja:

2 kromki chleba z masłem, 2 plasterkami szynki i sera żółtego (kanapki od Mamy)

herbata

(w międzyczasie - woda, herbata, sok z czarnej porzeczki)


9.09 (czwartek)

Śniadanie:

pół miseczki twarożku z łyżką jogurtu naturalnego, solą i pieprzem

herbata

II śniadanie:

łyżeczka masła orzechowego

A potem było wesele.


10.09 (piątek)

Śniadanie:

kromka chleba z masłem

herbata

II śniadanie: 

kilka winogron 

kabanos

tost z serem

2 szklanki wody


Tyle na razie. Jest 9:17. Powiem Wam coś, co usłyszałam dziś od Mamy: "Ty nie masz mięśni! A jak nie będziesz jadła (!), to doprowadzisz do zaniku tych mięśni, które jeszcze masz". Ja tu widzę sprzeczność w logice tego zdania. Trudno. A, i jeszcze było coś o tym, że dawniej robiłam jajecznicę, a teraz nie (tylko dlaczego w takim razie słyszę, że jajka trzeba przyoszczędzić na ciasto, na coś jeszcze... Dostajemy jajka, takie "prawdziwe", od kur, które chodzą po podwórku przez cały dzień, więc nie zawsze tych jajek jest dużo). Okej, nevermind, dzisiaj mam rozmowę z Promotorem na temat pytania, jakie będzie chciał mi zadać na obronie. Obronę mam jednak we wtorek. Nie było podpisów wszystkich osób z komisji na jakimś arkuszu, dlatego jest ten dzień zwłoki. Muszę dzisiaj też zadzwonić do dentystki i przełożyć wizytę na inny termin. I dzisiaj są poprawiny tego wesela. Liczę, że posiedzę przez jakąś godzinę i pojedziemy. Dla mnie to strata czasu. Postaram się jeść mało. Wieczorem dodam resztę bilansu i jakąś thinspirację, może nawet kilka. Teraz chcę się trochę pouczyć.

Jutro się ważę i mierzę. Na pewno przytyłam. Same widzicie, ile jem. Od wtorku - ograniczam. Bardzo chciałabym już być po obronie i mieć spokój z tymi studiami. Oczywiście, czeka mnie załatwianie dyplomu, bo w środę muszę już składać papiery na magisterkę, ale Promotor zapewnił mnie, że z tym problemu nie będzie i że sam osobiście zadzwoni do Pani z dziekanatu i Ją ponagli. No i czeka mnie jeszcze wyprawa do Poznania, żeby "podziękować" Promotorowi. Chyba dam Mu jakiś lepszy alkohol. Czy tak wypada? Thinspiracje wstawię za chwilę, muszę przynieść laptop i notatki. 

Obiad:

3 kluski śląskie

żurek

trochę surówek: z białej kapusty, z czerwonej kapusty i z marchewki

2 pierogi z mięsem (nie wiedziałam wcześniej, z czym są)

2 herbaty owocowe

Trzymajcie się!






czwartek, 9 września 2021

15 Czuję się pełna...

 ... wrażeń, choć za wiele dzisiaj nie zjadłam. Właśnie wróciłam z wesela, o którym piszę Wam od kilku dni. Ogólnie nie było źle, jeśli mowa o jedzeniu. Zero alkoholu, rzecz jasna. Co do jedzenia - polecam Wam dziwny, ale w moim przypadku, skuteczny patent jak zjeść mniej. Musicie naprawdę mocno zacisnąć pasek wokół talii. Uwierzcie, zacznie Was uwierać, gdy za dużo zjecie. Ja tak miałam, gdy wypiłam od razu dwa kieliszki soku. Pasek zaczął mnie uwierać :) Niekomfortowe uczucie, lecz w gratisie dostajecie super podkreśloną talię. 

Umyłam się i zaraz gaszę światło. Nadrobiłam Wasze blogi. Jutro postaram się dodać bilans z tych kilku dni (oprócz dnia dzisiejszego, bo nie umiałabym nawet powiedzieć, co dokładnie jadłam). 

Trzymajcie się!


wtorek, 7 września 2021

14 Historia o (braku) asertywności

Powiedziałam sobie, że na razie rezygnuję z pisania postów, ale to, co się dzisiaj... Wydarzyło, zasługuje na wpis.

Pojechałam przed chwilą po moją Siostrę. Czekałam na Nią, bo zakładała buty. Pojawiła się wtedy pewna pani. Moja Siostra jedzie na wycieczkę do Warszawy we wrześniu, jakoś za dwa tygodnie. I okazuje się, że potrzebne jest zaświadczenie o Jej szczepieniu na Covid-19. To zaświadczenie jest, zostało nawet wydrukowane, tylko że znajdowało się przez dość długi czas w torebce mojej Mamy. Przyznaję, panie z tych Warsztatów mówiły mi kilka razy, że tego potrzebują. Zapominałam i zapominała również Mama wyjąć to zaświadczenie z torebki i mi je dać... Ale, wracając do całej historii - pojawiła się więc pewna pani i od razu wyskoczyła do mnie z pretensjami: "dlaczego nie daliście jeszcze tego zaświadczenia? Ono jest potrzebne! Ma pani (czyli ja) je jutro tu dostarczyć!". Gdyby to powiedziała normalnym tonem, byłoby ok. Ale ona prawie na mnie nakrzyczała. Ja na to: "dobrze, jutro je przyniosę". Ona: "pani przynosi to już od tygodnia! Ma pani jutro to zaświadczenie przynieść!". Cóż... Nic na to nie odpowiedziałam. Wyszłam. Dopiero w samochodzie się rozryczałam. Zadzwoniłam do Ł. Ponieważ Ł na co dzień ma do czynienia z prawem (ale prawnikiem nie jest), poinformował mnie, że nikt nie ma prawa (dopóki nie wejdzie takie rozporządzenie/ustawa, nie wiem, jak to się może nazywać), żądać od kogokolwiek takiego zaświadczenia. Do czego jednak zmierzam w tym całym wywodzie - nie umiem postawić wyraźnych granic, gdy ktoś sprawia, że czuję się niekomfortowo. Taka błaha sytuacja sprawiła, że ryczałam w aucie przez cały kwadrans, bo baba, którą widziałam pierwszy raz na oczy (i obym już jej więcej nie oglądała), odezwała się do mnie niemiło. 

Oczywiście, w drodze do domu przećwiczyłam dziesięć scenariuszy, w których odważnie mówię, że sobie nie życzę, by ktokolwiek odzywał się do mnie w taki sposób, odwracam się dumnie na pięcie i odchodzę. Szkoda, że rzeczywistość boleśnie uświadomiła mi, jak to naprawdę bywa... Ł powiedział do mnie jeszcze, że gdy przeprowadzę się do Krakowa, będziemy ćwiczyli takie sytuacje, żebym potrafiła zachowywać się asertywnie. A Wy potraficie być asertywne?  

Śniadanie:

tost z żółtym serem z piekarnika

herbata

Obiad:

2 ziemniaki pieczone z ziołami

plus w międzyczasie woda i woda z sokiem bananowym, herbata i sok porzeczkowy

13 Strumień świadomości

Miałam ochotę usunąć ten wczorajszy wpis. Napisany jest bez ładu i składu. Wyszedł mi taki strumień świadomości - pisałam coś w rodzaju monologu wewnętrznego, próbując uporządkować te sprawy (w sobie, w swoim umyśle). 

Jestem zestresowana, zmęczona, na dodatek dzisiaj dostałam okres. Moja nocna nauka spełzła na niczym. Chyba takie konkrety są lepsze niż próba opisania swojego stanu emocjonalno-psychicznego. 

A więc konkrety - źle spałam, boli mnie brzuch, nie mam ochoty na jedzenie, ale pewnie i tak coś zjem, żeby pobudzić swój mózg do bardziej wydajnej pracy. 

Oglądałam wczoraj z Mamą jakiś program, gdzie m.in. pokazywano modelki na wybiegach u francuskiego projektanta. Wszystkie były wysokie, chude i miały w oczach jakąś taką pogardę. Nie dziwię się im; gdybym wyglądała tak jak one, też czułabym się lepsza od innych. 




poniedziałek, 6 września 2021

12 Jedno mnie cieszy


Ten post powstaje na telefonie. Mój laptop wzięła Mama do pracy, bo na Jej komputerze nie działa dźwięk, a ma jakieś spotkanie online. 

Jest 10:14. Zjadłam kanapkę z twarożkiem około 6:20, natomiast teraz 3 małe placuszki z ciasta jak na naleśniki, ale bez cukru. Zjadłam je z twarożkiem przyprawionym solą i pieprzem. Usmażyłam jeszcze 3, ale zjem je później, może na kolację? Jem za dużo. Teraz cieszę się, że przez te dni nie podliczam kalorii, bo bym się załamała. Wczoraj się zważyłam wieczorem. Przytyłam. 42 kg. Jedno mnie cieszy - gdy się pochylę, mój kręgosłup wystaje. Może to dziwny powód do radości. Poza tym kręgosłupem, nic innego w moim ciele mnie nie cieszy. Nic. Nic mi się nie podoba. Co z tego, że trochę urosły mi włosy, jeżeli ciągle słyszę: "liche są, ja bym je obcięła". Mam dzisiaj paskudny nastrój. Zostały mi jeszcze 4 godziny "wolności", może 4 i pół. Próbuję się uczyć. Za tydzień obrona. Jeszcze nie wprowadziłam pracy do systemu, Ł chce na nią zerknąć przed tym. Muszę usiąść do tego, muszę się pouczyć. Nie mam ochoty nawet na masło orzechowe. Chyba znowu chciałabym jeść po 300-500 kcal. Czuć się lekko. W czwartek mam wesele u Kuzyna. Znowu będzie jedzenie, a ja nie będę tańczyć (nikt z mojej bliskiej Rodziny nie będzie, bo brat Mamy nie żyje, notabene ojciec pana młodego), zresztą... I tak nie umiem. Ł nie lubi wesel ani tego typu uroczystości. Żałuję teraz, że Go nie namówiłam. Przynajmniej byłby przy mnie i czułabym się lepiej. Moja Mama Go nie znosi, bo wygarnął Jej kilka razy przez telefon, jaka jest naprawdę (sam ma taką Mamę, ale odciął się prawie zupełnie od Niej). Poznałam Jego Mamę i to kalka mojej. Takie samo zachowanie względem gości (w tym przypadku - mnie), jakie obserwuję u swojej Mamy - sympatyczna, przemiła, nieba by uchyliła. Względem domowników to samo, co u mojej Mamy - wszyscy mają robić to, co Ona chce. Pamiętam jak moja próbowała skłócić mnie z Przyjaciółką M (podaję inicjał, bo to inna Przyjaciółka niż ta, do której piszę Listy) - nie poszła na studia? jak to? Nie powinnaś się z Nią przyjaźnić! Gdy powiedziałam M o tym, była w szoku: "co? Przecież twoja Mama zawsze dla mnie taka miła, zawsze mnie zagadnie, gdy gdzieś mnie spotka...". 

Resztę placuszków zjadła moja Mama. Dzisiaj wróciła wcześniej z pracy. Zdążyłam zjeść rosół z makaronem. Na drugie mają być ziemniaki, grzyby, za którymi nie przepadam i jakieś skrzydełka, które smakują jak te z KFC.

Chciałabym tyle nie jeść, tak ogólnie, nie tylko dzisiaj. Zrobiłam sobie zdjęcia (w ubraniu). Nie podobam się sobie. Ł - jak zwykle - tego nie rozumie i dziwi się, gdy mówię Mu, że nie lubię swoich nóg, że mogłyby być chudsze. Źle się czuję, patrząc na siebie. Gdybym mogła, zrobiłabym jakąś głodówkę, ale nie mogę, jeżdżę samochodem i mogłabym zasłabnąć za kierownicą. Coraz bardziej nienawidzę siebie. Nie umiem się skoncentrować na nauce. Wszystko mnie rozprasza. Muszę dzisiaj ogarnąć przynajmniej tę łatwiejszą część zagadnień. Przepraszam. To nie ma ładu i składu, to moje pisanie. Nie umiem sklecić ładnego zdania, wszystko się rwie jak moje myśli. Widziałam się dzisiaj z moją koleżanką przez chwilę. Schudła. I to bardzo, w krótkim czasie. Wygląda niesamowicie (mam na myśli jej metamorfozę). Widziałam na ulicy bardzo szczupłą dziewczynę, chyba z anoreksją. Ledwo szła. Ale te nogi w legginsach... Przerażająco piękne. Ostatnio widzę dużo szczupłych i chudych ludzi. Pamiętam pewną dziewczynę z uczelni. Musiała być prowadzona przez koleżanki, bo nie miała siły iść. Zawsze miała mnóstwo ubrań na sobie, tylko po twarzy widać było, że choruje na jakieś zaburzenia odżywiania. Kiedyś widziałam jej rękę - zawsze wydawało mi się, że mam szczupłe ręce, ale ona... Miała je ze dwa razy szczuplejsze ode mnie. Kosteczki powleczone skórą. 

Śniadanie:

kromka chleba z masłem i twarożkiem z solą

herbata

II śniadanie:

5 placuszków i twarożek z solą i pieprzem

Obiad:

rosół z makaronem

2 malutkie skrzydełka kurczaka

2 ziemniaki

2 łyżki surówki z kapusty

W międzyczasie: szklanka soku bananowego pół na pół z wodą

Boli mnie po lewej stronie poniżej żołądka. Coś tam w ogóle jest? Tyle żresz, to się nie dziw, że cię coś boli. Kończę poprawiać pracę. Potem oglądam mecz siatkówki, jakoś po 20:00. 


niedziela, 5 września 2021

11 To nie jest normalne

 Dzień dobry, Drogie! Jak mija Wam weekend?

U mnie jest tak sobie, jeżeli chodzi o jedzenie. Zaraz podam tu, co jadłam w sobotę i co zjadłam dzisiaj. Chciałam jeszcze podzielić się kilkoma przemyśleniami. Znowu będzie o mojej Mamie, niestety. Poziom lęku przed Nią jest u mnie tak duży, że aż cała się spinam, gdy słyszę Jej głos. To jest jeszcze lęk wyniesiony z dzieciństwa. Nie umiem się go pozbyć, mimo tak wielu lat, które upłynęły od kilku zdarzeń. O tych sytuacjach nie chcę tu opowiadać, nie o wszystkich. Przytoczę jedną. Mam jakieś 14-15 lat i siedzę w kuchni razem z Mamą. Odrabiam lekcje z Jej pomocą (był pewien przedmiot, którego nie rozumiałam, a na moje nieszczęście był konikiem mojej Mamy). Nie rozumiem czegoś, po raz kolejny podaję błędną odpowiedź, coś mi nie idzie. Mama podnosi na mnie głos, szarpie mnie za włosy i uderza w rękę. Zaczynam płakać. Na to wszystko przychodzi do naszego mieszkania sąsiadka. Momentalnie głos mojej Mamy się zmienia. Nie jest ostry, staje się spokojny, miły, pełen słodyczy. Twarz nie jest już wykrzywiona gniewem. I to wszystko w jednej sekundzie. Dostaję ostrzegawcze spojrzenie w stylu: "masz nie płakać i udawać, że nic się nie stało". Takich sytuacji (lub bardzo podobnych) było wiele. Metamorfoza mojej Mamy jest zadziwiająca, naprawdę. 

W tygodniu (od poniedziałku do piątku) do wczesnego popołudnia mogę robić i jeść to, co chcę. Spędzam czas tak, jak uważam - uczę się, odpoczywam, oglądam filmy, seriale, ucinam sobie drzemkę. Nikt nie stoi nade mną, nikt mnie nie woła. Odpoczywam psychicznie, mimo że ostatnio siedzę nad pracą i nauką. Po południu jest inaczej - rzadko mam okazję, żeby nawet wziąć telefon do ręki, bo jest masa rzeczy do zrobienia. Teraz też tak będzie. W środę spodziewamy się gości, więc podejrzewam, że już we wtorek dostanę dokładną listę rzeczy do zrobienia i przygotowania. 

Wiecie... To bardzo obciążające psychicznie, gdy ktoś bliski ma same wymagania względem Was, a cokolwiek byście nie zrobiły, zawsze może się do czegoś przyczepić. Na zewnątrz, przy obcych osobach, czy przy rodzinie, ta osoba jest wcieleniem dobra. Uśmiecha się do Was przy stole, żartuje... A chwilę po odjeździe gości potrafi wybuchnąć z błahego powodu. 

Miałam niedawno taki moment, że przypomniałam sobie podczas odkurzania jakąś sytuację związaną z moją Mamą. Działo się to ponad dziesięć lat temu, a ja nadal na samo wspomnienie reaguję płaczem, trzęsę się z emocji i trudno mi się uspokoić. To nie jest normalne. 

Zmieniając temat - zaraz napiszę tu bilans z soboty. Ten dzisiejszy, niedzielny,  jeszcze zaktualizuję.

Sobota

Śniadanie:

2 kromki chleba z pastą z tofu wędzonego

herbata

II śniadanie:

1/3 drożdżówki z makiem

1/3 ciastka kakaowego

1/3 zwykłej drożdżówki

kawa z mlekiem

Obiad:

roladka ze szpinakiem

lasagne

2 łyżki sałatki z kalafiorem i jajkiem

Deser:

kawałek ciasta ze śliwkami i kruszonką

herbata


Niedziela

Śniadanie:

jajko z solą

2 łyżki sałatki z kalafiorem i jajkiem

herbata

II śniadanie:

kawałek ciasta ze śliwkami i kruszonką

herbata

Obiad:

rosół z makaronem

lasagne

trochę sałatki z rukolą, sałatą i pomidorkami koktajlowymi

Kolacja:

trochę sałatki z kalafiorem, kukurydzą i słonecznikiem

kromka chleba z masłem

herbata

Dużo tego. Co do lasagne, to zjadłam jej mały kawałek. "Trochę" sałatki oznacza dwie łyżki. Biorę pierwszą (!) tabletkę przeciwbólową od rana (jest 21:08). Pod tym względem jest progres.

Trzymajcie się!






czwartek, 2 września 2021

09 Jest (w miarę) dobrze

 Tak, po tych kilku dniach stwierdzam, że jest w miarę dobrze. I jeżeli mowa o niejedzeniu czekolady, i jeśli chodzi o moją obronę. Pracę poprawiłam, wysłałam promotorowi, który miał się z nią zapoznać i dzisiaj ma mi powiedzieć, co i jak. Liczę na to, że nie będzie za bardzo się czepiał, bo w pisanie tej pracy włożyłam masę czasu, wysiłku, a nawet łez. Przyznam Wam się, że trochę (głównie w kwestiach analizy danych z ankiety i analizy różnych wykresów) pomagał mi Ł, Ł też starał się, żeby ta praca miała "ręce i nogi". Sama nie byłabym w stanie doprowadzić jej do obecnego stanu. Nie umiem pisać naukowych prac, no nie umiem. Wszystko inne? Proszę bardzo! Nigdy nie miałam problemu z pisaniem na studiach, a przedmiotów, w których pisanie odgrywało znaczącą rolę, miałam naprawdę sporo. 

Do promotora mam zadzwonić o 10:00. Stresuję się (a co, jeśli będzie kazał mi coś jeszcze poprawić?). Obronę mam wstępnie zaplanowaną na 10 września. Muszę podgonić z nauką pytań. Połowę umiem nieźle, ale reszta... Szkoda gadać. Nigdy nie potrafiłam zawalać nocek, a teraz czuję, że bardzo by mi się to przydało. 

Z innych kwestii - nadal nie liczę kalorii, jem tyle, żeby wstać od stołu troszkę głodna. Nie ćwiczę, nie mam na to czasu. Ledwo wyrabiam się z domowymi obowiązkami i powtórkami. Kilka dni temu moja Mama powiedziała mi, że martwi się moim wyglądem. Niedługo mam wesele w rodzinie i przymierzałam przy Mamie sukienkę. Cóż... Wmawiam Jej, że wszystko jest w porządku, ale... Sama nie jestem do tego przekonana. Poza tym, boli mnie ząb. Biorę leki przeciwbólowe, żebym mogła jakoś funkcjonować. Ten ząb jest do leczenia kanałowego, ale moja dentystka nie podejmie się tego... Wspaniale... Muszę szukać kogoś, kto byłby w stanie uporać się z tymi moimi zębami. To też jest przyczyna tego, że czasami nie mam ochoty na jedzenie. 

W ogóle - kupiłam wegańskie tofu do smarowania, żeby je wypróbować, tak po prostu. Pachnie jak pasztet :D i smakuje... dziwnie. Czy da się jakoś zmienić jego smak na lepszy? Nie lubię wyrzucać jedzenia i chciałabym je jakoś zużyć.

Wybaczcie, że nie komentuję Waszych wpisów. Czytam Was, zaglądam do Was i cieszę się Waszymi sukcesami. Wrócę tu jeszcze. W pełni - po obronie. 

Pan promotor przełożył rozmowę na 15:00. Dosłownie powiedział: "porozmawiamy sobie". Moja panikująca natura już zdążyła wyświetlić w mojej głowie milion czarnych scenariuszy. Oby żaden z  nich się nie urzeczywistnił...

Byłam dzisiaj w Lidlu po... Apap. Nie chciało mi się już chodzić do apteki. Mijałam te półki z czekoladami, cukierkami, batonikami i... Nic. Nie miałam miliona wyobrażeń siebie jedzącej słodycze. Przeszłam obojętnie, nie zaszczyciwszy nawet spojrzeniem najmniejszej pralinki. Tak, to może Wam wydawać się śmieszne, ale ja jestem z siebie dumna. Jeszcze nie tak dawno napakowałabym do koszyka dziesiątki słodkości. Teraz większą uwagą zaszczycam stoisko z przyprawami, chociażby. Uważam to za mój mały sukces. Mam jednak słabość do masła orzechowego. Od kilku dni zjadam łyżeczkę dziennie. 

Powoli zbliża się 15:00. Idę po herbatę. Może ta rozmowa nie będzie tak straszna jak się wydaje...I nie była! Jak już napisałam w komentarzu do Merr - promotor ma uwagi, ale nie muszę się do wszystkich stosować. Najprawdopodobniej obronę będę miała 13 września (a 15 upływa termin rejestracji na uczelnię, na którą chcę pójść, na magisterkę). Jakoś to ogarnę. Grunt, że mam więcej dni na naukę. 

Z mniej "radosnych" wieści - Mama kazała mi się przy Niej zważyć. W ubraniu, na szczęście. Wagę utrzymuję, mimo mojego nowego nałogu - masła orzechowego :D Dziękuję, Merr, za komentarz. W ogóle - dziękuję Wam, że czytacie. To miłe, naprawdę. 

Idę pisać podanie do dziekana o umożliwienie obrony. (Okazało się, że to nie jest konieczne, a mój promotor coś pokręcił...) Pracę wgram do systemu jeszcze w tym tygodniu. Niektóre uwagi uwzględnię, inne nie. W ogóle... Promotor gadał mi przez godzinę! Myślałam, że oszaleję. Jem teraz zimny już "tost" z serem żółtym (kawałek chleba z serem przypieczony w piekarniku). Obiadu jeszcze nie jadłam. Kolacji nie zjem. Na śniadanie zjadłam małą kanapkę z wędzonym tofu do smarowania. Tak jak pisałam wyżej - zacznę ćwiczyć i liczyć kalorie po obronie. 

Trzymajcie się! Poodpowiadam na zaległe komentarze nieco później. 

Edit jedzeniowy: zjadłam na obiadokolację zupę paprykową z kaszą. 

Zaczynam robić się senna, a chciałam jeszcze się pouczyć. Muszę zaparzyć mocną herbatę (kawy w domu nie piję, wolę taką z kawiarni, choć gdy mam do wyboru herbatę i kawę, będę zawsze team herbata). Jutro rano wprowadzę poprawki do mojej pracy. Teraz, wieczorem, siedziałam nad spisem tabel i wykresów. Jutro natomiast spróbuję popoprawiać większość tego, co uznam za konieczne. Dobra, nie zanudzam Was. Brakowało mi takiego pisania (List do Przyjaciółki się nie liczy, mimo że miał prawie 6 stron A4). Tutaj feedback jest prawie natychmiastowy. 

środa, 25 sierpnia 2021

07 Autumn is coming


Jak żyjecie, Drogie? 

U mnie czuć w powietrzu jesień. Zakładam ciepłe swetry, kurtki i nadal marznę. Dziś rano temperatura spadła do 10 stopni. Jestem na szczęście z powrotem w domu, będę zaraz piła gorącą herbatę i grzała dłonie o kubek. Czeka na mnie śniadanie - ostatnie pół chlebka naan i łyżeczka hummusu. Postanowiłam zrobić wyzwanie 30 dni bez czekolady. Czekolada to moja miłość, ale ostatnio jadłam jej po prostu za dużo (i ty chcesz schudnąć, opychając się tym tłustym świństwem?). 

Czas to zmienić. Spróbuję dodać na bloga jakąś zakładkę lub sam kalendarz, gdzie będę odhaczała moje zwycięstwa (i porażki, słaba idiotko, kogo ty chcesz oszukać). 

Tak, jestem w niespecjalnie dobrym nastroju. Zjem śniadanie i poćwiczę - plank i pośladki. 

Śniadanie

pół chlebka naan 90 kcal

łyżeczka hummusu 52 kcal

herbata 2 kcal


                    
                                            Mój cel, jeśli chodzi o nogi *.*

   
Tak chciałabym wyglądać *.*



Poćwiczyłam, nałożyłam maseczkę na włosy (przed umyciem ich) i siedzę w turbanie z ręcznika, próbując poprawiać moją pracę. Nie jest tego dużo, mam rozpiskę, na co mam zwrócić uwagę i co dopisać, lecz najchętniej zakopałabym się pod kocem i przespała całą jesień. Myślę o jedzeniu. Wiem, że muszę zjeść jakieś drugie śniadanie, ale chciałabym, żeby było zapychające, więc sprawdzę zaraz kaloryczność ryżu z jabłkiem i owsianki na mleku. Wybiorę którąś z tych dwóch potraw. Wygrał ryż z jabłkiem.

II śniadanie

8 łyżek ryżu z małym jabłkiem ? kcal

Obiad:

zupa ogórkowa (miseczka) 101 kcal

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

05 Bilans z dwóch dni, waga i wymiary

Dzień dobry, Drogie, w ten deszczowy, wietrzny i pochmurny poranek. Sobota minęła mi na zwykłych, co-sobotnich aktywnościach - sprzątaniu, praniu, pomocy mojej Mamie przy gotowaniu, zakupach. Nie ćwiczyłam (chyba, że gimnastykowanie się z odkurzaczem można zaliczyć do ćwiczeń...). Sobotni bilans wyniósł 1301 kcal. Zgubiły mnie dwa kawałki ciasta ze śliwkami. DWA. Zrobiłam za to 2025 kroków, co oznacza, że spaliłam 51 kcal. Nie jestem zadowolona.

Niedziela, o dziwo, pod względem kalorii zaskoczyła mnie "in plus" - 730 kcal. Liczbę kroków przemilczę. W niedziele nie noszę ze sobą telefonu, a nawet gdybym miała go przy sobie, byłby to śmiesznie mały wynik. 

Jak mogłabym podsumować weekend?

W sobotę, pomimo "biegania" w domu, odpoczęłam. Znalazłam czas na relaks w wannie i maseczkę. Niedzielę za to, choć luźniejszą, spędziłam trochę bezczynnie. Co prawda, powtórzyłam jakieś zagadnienia, ale głównie czytałam "Przeklinam Cię, ciało" Wandy Lachowicz. Mam mieszane odczucia względem tej książki. 

A dzisiaj?

Plan dnia

1. Wyprać sweter

2. Wyprasować trochę prania

3. Poprawić resztę podrozdziałów 

4. Powtórzyć zagadnienia na obronę (te, które umiem) i nauczyć się przynajmniej 4

5. Poćwiczyć deskę, spalanie tłuszczu z brzucha i porozciągać plecy

Jest 8:52. Wezmę się za przygotowanie śniadania. Zamierzam upiec chlebek naan (nigdy go jeszcze nie robiłam, ciekawa jestem, jak smakuje i czy w ogóle wyjdzie) i zjeść go z hummusem, który dzisiaj kupiłam. Zanim jednak go zrobię, zważę się i zmierzę. BOJĘ SIĘ. Czy uwierzycie, że kiedyś potrafiłam kilka razy dziennie wchodzić na wagę? Teraz się boję.

Waga (w ubraniu, następnym razem postaram się ważyć tylko w bieliźnie): 41,7 kg

Wymiary:

Łydka (w najszerszym miejscu): 29 cm

Udo (w najszerszym miejscu): 43 cm

Biodra (w najszerszym miejscu): 79 cm

Talia 57 cm

Pod biustem 65 cm

Biust 73 cm

Ramię (w najszerszym miejscu) 24 cm

Przedramię (w najszerszym miejscu) 19 cm

Nadgarstek 14 cm


Bilans:

Śniadanie:

2 chlebki naan 360 kcal

2 łyżeczki hummusu paprykowego 104 kcal

herbata 2 kcal

II śniadanie:

mus Tymbark  - pomarańcza, marakuja, jabłko, banan 68 kcal


Nie mam pojęcia, czy tak powinien wyglądać ten chlebek. Był smaczny! Zrobiłam więcej tych chlebków, żeby mieć na jutro. (Na zdjęciu porcja hummusu na dwa chlebki)

Obiad:

zupa paprykowo-fasolowa ok 98 kcal (?)

kasza jęczmienna z warzywami ok 62 kcal

surówka z białej kapusty i marchewki (6 łyżek) 33 kcal

Kolacja:

mały chlebek naan  ok 120 kcal

pół łyżeczki hummusu paprykowego 13 kcal

herbata zaparzana ok 5 kcal

Razem: 865 (?) kcal

Wiecie, co? Zakochałam się w hummusie 💚 Dzisiaj nie dam rady poćwiczyć, właśnie zjadłam kolację i jestem pełna. Chyba muszę ćwiczyć do południa; mam wtedy dużo czasu i spokój. Pouczę się teraz trochę. Nie poprawiłam żadnego podrozdziału, a muszę wszystko dosłać najpóźniej do piątku. Mój promotor jest trochę dziwny i każe mi np. pozmieniać przypisy tak, żeby pewien Pan, który będzie recenzentem mojej pracy, a którego publikację wymieniam w pracy, poczuł się... Dobrze? Zaraz Wam spróbuję wyjaśnić - piszę np. książka Pani X za artykułem Tego Pana. Promotor każe mi opuścić książkę Pani X i pozostawić tylko artykuł Tego Pana (w przypisach).

Dobra, nie umiem tłumaczyć 😜 Idę się uczyć, odkładam telefon (jakoś inaczej się pisze niż na laptopie, nie umiem się przestawić). 

A, jeszcze bilans kroków z dziś - 1674, czyli spalone 41,2 kcal. 

Trzymajcie się ciepło! 

piątek, 20 sierpnia 2021

04 Obcy na ulicy mają gdzieś jak wyglądasz*

*(prawa autorskie: Ariela z bloga thin line forever)

Dzień dobry, Kochane Kruszynki!

Do napisania tego posta zainspirowało mnie zdanie, które przeczytałam na blogu thin line forever - "obcy na ulicy mają gdzieś jak wyglądasz". Zastanówmy się, czy tak właśnie nie jest? Codziennie mijamy na ulicy dziesiątki, jeśli nie setki osób. Czy bardzo wnikliwie przyglądamy się każdej z nich? Rejestrujemy je wzrokiem, poświęcamy im milisekundę uwagi, być może raczej na poziomie naszej podświadomości. Oczywiście, spostrzeżemy kogoś, kto w jakiś sposób wyróżnia się z tłumu, ale zazwyczaj krzyczy on do społeczeństwa za pośrednictwem swojego ubioru. 

Od wielu lat bardzo przejmuję się spojrzeniami obcych mi ludzi. Doszło do tego, że w czasie największych upałów, gdy musiałam załatwić parę spraw w mieście, panikowałam, zakładając jedną z moich dłuższych letnich sukienek. Co z tego, że sięgała mi za kolano, a rękawy osłaniały większą część rąk, jeżeli przechodząc chodnikiem obok siedzących przy stolikach pobliskiej lodziarni osób, czułam ich palące, krytyczne spojrzenia na moim ciele. W takich chwilach zazwyczaj tysiące myśli kotłują się w mojej głowie: "na pewno zaraz zaczną o mnie mówić między sobą", "będą mnie wyśmiewać". I nie potrafię wówczas racjonalnie podejść do całej sytuacji. Nie umiem wytłumaczyć sobie: "ja zachowuję się podobnie, gdy siedzę gdzieś i gdy mija mnie ktokolwiek. Jest on tylko czymś w rodzaju przełamania monotonii bezczynnego siedzenia. Za dwie sekundy nawet nie będę potrafiła powiedzieć, czy ten człowiek był blondynem czy szatynem, bo skoncentruję się na czymś innym". 

Jem właśnie moje śniadanie, czyli góralka. Wiem, ma mnóstwo kalorii, z czego większość to węglowodany. Przez resztę dnia będę jadła już zdrowo i potraktuję ten batonik jako zaspokojenie swojego "słodyczowego głodu" na dziś.

Mój plan na dziś:

1. Zakupy spożywcze i w Rossmannie

2. Upiec ciastka

3. Kupić papier pakowy

4. Przygotować kartkę do Listu

5. Wysłać paczkę

6. Sfotografować spódnicę na Vinted

7. Ugotować zupę i fasolkę szparagową

8. Poprawić podrozdziały

9. Zjeść mniej niż 1000 kcal

10. Ćwiczenia na brzuch (m.in. z aplikacji plank i spalanie tłuszczu z brzucha), pośladki (aplikacja 30 dni) i rozciągające na plecy (coś z YT)

Robi się tu coraz goręcej i umierałam na zakupach. Na dodatek wyszedł mi palec w nowej skarpetce. Nie mam pomysłu na zupę, oczywiście miałam kupić coś do niej, ale zapomniałam. 

Ostatecznie ugotowałam zupę paprykową. Dodam część mojego bilansu, który zaktualizuję, jak zwykle, wieczorem. Jestem na siebie zła, bo nie dotrzymałam danej sobie obietnicy o niejedzeniu już dzisiaj słodyczy... 

Bilans:

Śniadanie:

góralki (sztuka) 272 kcal

0,5 litra wody 0 kcal

II śniadanie:

ciastka Rico Ranki 218 kcal (po cholerę mi one były, no!)

Obiad:

zupa paprykowa 72 kcal (niezagęszczana niczym)

fasolka szparagowa (idę ją właśnie zjeść) 35 kcal

Kolacja:

herbata 2 kcal

Razem: 599 kcal


A taki kolor ma kartka (to znaczy List) moczona w herbacie przez 2-3 godziny i wysuszona w piekarniku. 


Jest 20:15, a ja totalnie nie mam na nic siły. Ani na jedzenie, ani na ćwiczenia. Porozciągałam tylko plecy. Nie wiem, skąd we mnie taki brak sił i chęci. A plany były naprawdę ambitne... Cieszy mnie jedynie bilans jedzeniowy i bilans kroków - 6291, co dało 147 spalonych kalorii. 

Jutro rano jedziemy z Mamą na zakupy, jak zwykle, co tydzień. Poodwiedzam Was teraz, a potem najprawdopodobniej coś poczytam lub pójdę się myć i spać.

Trzymajcie się!

czwartek, 19 sierpnia 2021

03 Nie jest źle, czyli reset głowy i niezły bilans

 

Wróciłam właśnie z tej wycieczki, o której pisałam Wam w poprzednim poście. To był wyjazd około 50 km od mojego miejsca zamieszkania do stadniny koni. Pływałam łódką, jechałam bryczką i wdychałam świeże, leśne powietrze, resetując głowę i oczyszczając myśli. 

Jak się mogę domyślać, najbardziej interesuje Was mój bilans, zgadłam? No, przyznajcie się! Nie jest źle, ale nie jest i bardzo dobrze. Najprawdopodobniej nic już dzisiaj nie zjem (stan na godzinę 17:24), jednak wiem już, że terminami "nigdy", "nic", "wszystko" i "zawsze' najlepiej posługiwać się ostrożnie. 

Ostrzegam, że ilość jedzenia może Was przerazić. Z kaloriami, na szczęście, nie jest tragicznie. Zresztą...

Bilans:

Śniadanie:

kromka chleba razowego 82 kcal

masło 72 kcal

plasterek sera gouda Światowid 52 kcal

herbata bez cukru 2 kcal

II śniadanie:

herbatnik pełnoziarnisty Bonitki 42 kcal 

cukierek Joguś 17 kcal

herbata z cukrem 36 kcal (nie miałam innej opcji do wyboru, niestety)

Obiad:

kiełbasa z grilla 191 kcal

mała kromka chleba 69 kcal

pół bułki ciabatty 51 kcal

masło 36 kcal

pół plasterka sera Gouda Światowid 26 kcal

herbata z cukrem 36 kcal

zupa pomidorowa z makaronem 60 kcal

Razem: 772 kcal


Zrobiłam dziś 5279 kroków, czyli przeszłam prawie 3,5 km i spaliłam 133,7 kcal (stan na 17:36)

Kolacji, rzecz jasna, nie zamierzam już jeść. Może wypiję jeszcze herbatę albo wodę.

Dziś nie dodam planu, bo zamierzam przez resztę dnia się uczyć i poprawiać kolejne podrozdziały. Poćwiczę jutro. Myślę o jakichś ćwiczeniach rozciągających na plecy i może na brzuch i pośladki. Poza tym, dziś nie będzie thinspiracji. Pokażę Wam kilka zdjęć z wyjazdu (w tym kawałek mnie 😛)




Trzymajcie się ciepło! Lecę pozaglądać do Was!

środa, 18 sierpnia 2021

02 Początek, a już katastrofa

 Tak jak w tytule - ten dzień dopiero się rozpoczął, a już dał mi mocno w kość. Ból pleców po lewej stronie, zupełnie nie wiem, od czego i nieplanowana kanapka. Jak zwykle uległam Mamie - "przecież ukroiłam ten kawałek, nie może obsychać". Ehh. Najgorsze jest to, że nie umiem się z Nią spierać, bo potem stosuje wobec mnie terror emocjonalny - nie odzywa się w ogóle i traktuje jak powietrze. 

Tak, jak pisałam w poprzednim poście - muszę zaplanować listę rzeczy do zrobienia i myślę, że taki plan będę zapisywała w każdym poście, jaki będę dodawała na tego bloga, a potem odhaczę, ile z zamierzonych czynności/aktywności zrealizowałam. 

Plan na dziś:

1. Telefon do dentysty (muszę przełożyć wizytę)

2. Ciastka dla Ł 

3. Nauka przynajmniej 10 zagadnień do obrony i powtórzenie tych, które już umiem (albo wydaje mi się, że umiem...)

4. Podlanie moich Monster

5. Maska przed myciem włosów (często zapominam) i wcierka po wyschnięciu

6. Ćwiczenia rozciągające na plecy

7. Poprawa pracy (przynajmniej jednego podrozdziału)

8. Pić więcej wody/herbaty (4 szklanki)

Jeżeli o czymś sobie przypomnę, dopiszę do listy. 

Bilans:

Śniadanie: 

kromka razowego chleba 82 kcal

masło 72 kcal

plasterek żółtego sera 52 kcal

herbata 2 kcal

II śniadanie:

kostka czekolady 32 kcal

porcja kiślu truskawkowego 71 kcal

herbata 2 kcal

Przekąska:

lód w rożku o smaku słonego karmelu 293 kcal

szklanka wody 0 kcal

Obiad:

zupa ogórkowa 98 kcal

surówka z kapusty i marchewki 69 kcal

2 małe ziemniaki 127 kcal

mały kawałek grillowanej piersi z kurczaka 111 kcal

Kolacja:

herbata 2 kcal

Razem: 833 kcal

Już wiem, że ciastek nie wyślę, bo nie mam papieru pakowego i produktów. Co do tej czekolady - czy przecieracie oczy ze zdumienia i oburzenia, jak można jeść codziennie (!) czekoladę? - wolę zjeść kostkę raz dziennie, niż pożreć całą tabliczkę podczas napadu. Dobra, lecę się przebrać i zrobić te ćwiczenia na plecy. Sama jestem ciekawa, jak one wyglądają 😃



Uwielbiam wygląd młodej Kate <3 

Ten lód o smaku słonego karmelu był prze-py-szny! W rożku, ale pakowany jak lody na patyku. Kupiłam go w POLO. Kosztował niecałe 3 zł i był naprawdę warty swojej ceny. Nie zrobiłam zdjęcia (rzadko kiedy mam do tego głowę). 

Jutro jadę z moją Siostrą na wycieczkę. Nie mam pojęcia, dokąd. Wiem tylko, że jest tam jakaś stadnina koni i las, więc będzie można pospacerować. Dzisiaj, na przykład, zrobiłam tylko 1698 kroków. Liczę po cichu, że przynajmniej trzykrotnie pobiję ten wynik 😀 Co do jedzenia zaś... Będę chciała nieprzekroczyć 1000 kcal, jak udawało mi się do tej pory, lecz jeśli nie uda mi się ta sztuka, nie będę się (przesadnie) karać. 

Jutro też z powodu tego wyjazdu gdzieś-nie-wiadomo-gdzie dodam bilans po południu, po powrocie do domu. Lecę teraz poodwiedzać Wasze blogi.

Trzymajcie się! 

(co do ćwiczeń... Wybrałam jakieś pierwsze-lepsze i plecy już mnie nie bolą. Muszę częściej ćwiczyć)

wtorek, 17 sierpnia 2021

 01 

Jejku! Bardzo się cieszę, że zajrzałyście tutaj i zostawiłyście tyle miłych słów pod moim adresem :) To bardzo kochane <3 

Jest 8:21, zaraz będę jadła śniadanie, tylko czekam, aż zagotuje się woda w czajniku, żebym mogła zaparzyć swoją ulubioną sypaną herbatę. Zamierzam zjeść banana i kostkę czekolady. Niestety, czekolada to mój mały nałóg i "guilty pleasure". Podchodzę jednak do jej jedzenia racjonalnie, co dawniej mi się nie zdarzało i potrafiłam zjeść od razu(!) za jednym posiedzeniem (!) tabliczkę albo i dwie... Takie ekscesy przytrafiały się mi kilka razy w tygodniu. Nie wiem, doprawdy, jak to się stało, że z takim jedzeniem nie przekroczyłam nigdy 50 kg, choć... było blisko. Moja Mama powiedziałaby Wam, że "jak to? oczywiście, że ważyłaś POWYŻEJ 50 kg". Nie, nie ważyłam. Nawet w tych złych czasach, gdy jadłam bez opamiętania, ale chciałam schudnąć (fuck logic), kontrolowałam wagę i nigdy nie ważyłam 50 kg.  

Wczoraj o tym nie napisałam, a miałam - piekłam ciastka. I jestem z siebie super dumna, bo nie zjadłam nawet okruszka! Te ciastka potem zapakowałam do paczek i powysyłałam jako mały prezent dla subskrybentów mojego Ł. Ł to mój... chłopiec, nie chłopak. nie lubię tego określenia. Jest o 5 lat starszy ode mnie, poznaliśmy się przez Internet na jakimś czacie i mieszka 400 km ode mnie. Wie o moich "zaburzeniach odżywiania", jesteśmy ze sobą ponad 4 lata. Sam waży przy wzroście ponad 180 cm około 58-60 kg (bo przytył), ale On do jedzenia podchodzi w miarę normalnie. To znaczy - nie liczy kalorii, ale często nie ma czasu, żeby jeść. Pracuje i poza tym prowadzi kanał na YouTube. 

Wracając do ciastek - dzisiaj będę piekła kolejną partię. Znowu dla subskrybentów Ł, ale i dla samego Ł. Nie spodziewa się tego. Chcę dokupić Mu jeszcze coś do golenia i napisać liścik. Jestem z tych osób, które lubią pisać (w ogóle), a swoje liściki dla Bliskich (Ł i przyjaciół) piszę na specjalnie przygotowanym papierze, który moczę w herbacie, a potem suszę w piekarniku. Po tych zabiegach kartki są sztywne, ale i nabierają ładnego koloru, takiego "vintage". Czasami takie kartki przypalam jeszcze nad płomieniem świecy i w ten sposób dodatkowo je postarzam. 

Na dzisiaj, oprócz pieczenia, zaplanowałam sobie trochę nauki i ugotowanie zupy. Lubię gotować, bo robię zawsze zupy na wywarze z warzyw i nie dodaję do nich żadnych mięsnych wywarów, co preferuje moja Mama. Oczywiście, zagęszczam je albo jogurtem, albo zmiksowanymi ziemniakami/warzywami. Nie mam pojęcia, co oprócz zupy zjem na obiad. Drugimi daniami zajmuje się Mama i czasami gotuje pyszności w stylu kopytek czy klusek śląskich, ale najczęściej jest to jakieś mięso i ryż, ziemniaki lub kasza plus surówka. 

Rozpisałam się niesamowicie. Muszę pododawać wreszcie Wasze blogi! Bilans będę aktualizowała (najpewniej wieczorem)

Edit: blogi pododawałam, ale jeszcze nie wszystkie. Ciastka upiekłam, ale jedna porcja mi nie wyszła, więc do Ł wyślę ją jutro. Zupa się gotuje, jeszcze nie poczytałam moich notatek, pakuję właśnie ciastka do paczek i będę jechała po moją Siostrę do "pracy". Piszę w cudzysłowie, bo moja Siostra jest  niepełnosprawna intelektualnie i zawożę Ją codziennie na warsztaty terapii zajęciowej, i Ją z nich odbieram :)

Śniadanie:

banan  105 kcal

kostka czekolady  35 kcal

herbata bez cukru, oczywiście, 4 kcal (?)  wiem ,że zwykła ma 2, ale wolę przyjąć, że zaparzana ma więcej :)

II śniadanie:

porcja kiślu truskawkowego(w sumie było więcej wody niż kiślu, jakoś źle odmierzyłam) 71 kcal

drożdżówka z serem (jadłam, żeby Mama się nie czepiała... wiem, brzmię jak dwunastolatka, ale ostatnio słyszę tylko: zjedz coś, jak ty wyglądasz itd)  214 kcal

herbata bez cukru 2 kcal

Obiad:

zupa ogórkowa 101 kcal

sałatka ziemniaczana 88 kcal

surówka z białej kapusty i marchewki 104 kcal

grillowana pierś z kurczaka bez panierki 111 kcal

Razem: 835 kcal


Mała thinspiracja:


Mogło być lepiej - bez tej drożdżówki. Powinnam więcej pić, zarówno wody, jak i herbaty. Być może jutro dodam jakieś cele do zrealizowania w (niedalekiej) przyszłości. Muszę mieć jakiś bardziej skonkretyzowany plan, muszę robić listy "to do" i mniej korzystać z telefonu. Widzę, że zabiera mi to dużo czasu, który mogłabym poświęcić np. na... ćwiczenia? Strasznie się zaniedbałam, jeśli o tym mowa. 

Mam nadzieję, że u Was lepiej minął ten dzień i źe jesteście zadowolone ze swoich bilansów...

Trzymajcie się chudo!