Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bilans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bilans. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 października 2021

26 Binge watching & food

 Od wczoraj jestem w domu s a m a - moi Rodzice wraz z Siostrą pojechali do Karpacza, a ja zostałam razem z pieskiem. Nie narzekam - wstaję prawie, o której chcę (muszę wyprowadzić w miarę wcześnie psa), jem, co chcę i robię to, na co akurat mam ochotę. 

A ochotę mam na seriale. Jeden serial to staroć - Detektyw Monk, a drugi - nowość - Skazana. Oglądam więc Monka (zaczęłam dzisiaj) i jestem na siódmym albo ósmym odcinku. Odcinki trwają po około 45 minut. Dzisiaj piekłam ciasteczka dla subskrybentów Ł i dla samego Ł. Oczywiście, Ł jak to Ł, domyślił się, zanim Mu powiedziałam, że część ciasteczek zabiorę ze sobą do Krakowa. Byłam też przed południem w sklepach odzieżowych, ale nie było tam nic ciekawego. Szukałam ciepłych rajstop i również ciepłych skarpetek. Pustki. Nic. Zero. Za to Mama obiecała mi, że gdy tylko trafią na jakieś wełniane skarpetki, to mi je kupią. Jestem strasznym zmarzluchem, ale o tym już tu chyba wspominałam...

Teraz, wieczorem, byłam na poczcie i wyczekałam się w kolejce, żeby nadać paczki z ciasteczkami. Podlewałam w ogrodzie kwiaty, a za chwilę idę na spacer z psem. 

Mój obiad - makaron z sosem warzywnym (przede wszystkim - paprykowym)

Krakersy (na drugie śniadanie) z hummusem, żółtym serem i pieprzem

Płatki czekoladowe na śniadanie i prawdziwy sok jabłkowy (wyciskany z jabłek). Wypiłam go dzisiaj ze 3 kubki

czwartek, 23 września 2021

22 O moim nowym życiu

 Zdaję sobie sprawę, że tytuł niekoniecznie zachęca do dalszej lektury tego wpisu. Ten blog nie jest już blogiem pro-ana. Jestem w trakcie zmiany swojego myślenia o jedzeniu. Już nie: "co mnie żywi, niszczy mnie", ale: "co mnie żywi, pomaga mi". Wspominałam kilka postów temu, że nie liczę kalorii, nie ważę się, a miarkę odłożyłam w najciemniejszy kąt szuflady. 

Co zjadłam dzisiaj?

Śniadanie:

kromka chleba z masłem i twarożkiem

herbata

II śniadanie:

2 łyżeczki masła orzechowego

kromka chleba z masłem i masłem orzechowym (tak, dziwne połączenie, ale dla mnie jedyne właściwie)

pół figi

Obiad:

miseczka zupy warzywnej

5 ruskich pierogów

Kolacja:

garść malin

kromka chleba z masłem i plasterkiem żółtego sera

Dzisiejszy dzień był ważny pod względem mojej dalszej edukacji. Dzisiaj złożyłam  resztę dokumentów na dziennikarstwo do Krakowa i dostałam się. Jutro będą wyniki dotyczące kierunku, na którym bardziej mi zależy niż na dziennikarstwie. Na razie nie chcę nic mówić, żeby nie zapeszyć, ale liczę, że będzie dobrze. 

Wczoraj byłam u fotografa, bo potrzebowałam zdjęcia do dokumentów. Nie wiem, co on zrobił z moją twarzą, ale wyglądam jakbym miesiąc spędziła w jakimś ciepłym kraju. Przyjaciółka, która zajmuje się fotografią, powiedziała, że to wina lampy i że fotograf później nie usunął jej efektów w programie. Trudno mi się odnieść, bo nie widziałam, co dokładnie robi ten fotograf. Dostałam gotowe już zdjęcia, ale ponieważ spieszyłam się, odpuściłam jakąkolwiek wymianę zdań z tym Panem. 

Chciałabym wrócić jeszcze do tematu studiów - wczoraj przeprowadziłam ważną rozmowę z moim Tatą. Tata nie lubi/nie akceptuje Ł i był lekko podenerwowany faktem, że zamierzam studiować w Krakowie. Liczył na Poznań, szczerze przyznał się do tego. Odparłam Mu spokojnie, ale stanowczo, że w Krakowie jest interesujący mnie kierunek i, owszem, bliskość Ł też miała znaczenie przy wyborze miejsca magisterki. Chyba pierwszy raz w życiu tak mocno wyraziłam swoje zdanie. 

W niedzielę najprawdopodobniej pojadę do Krakowa i zostanę tam do poniedziałku włącznie, może do wtorku. W środę mam wizytę u psychiatry. Na razie się jej nie obawiam, mniej-więcej wiem, o czym chcę porozmawiać. 

I najważniejsza kwestia - dziękuję Wam. Nie spodziewałam się takiej pozytywnej reakcji. Byłam raczej przygotowana na ostracyzm, a tu... Dziękuję. To ważne dla mnie. 



niedziela, 12 września 2021

18 Bez zmian

 Przed chwilą się zmierzyłam. Bez zmian. W sumie, to nawet się cieszę. Dzisiaj Ł powiedział do mnie (wysłałam Mu swoje zdjęcia; On jest chyba jedyną osobą, której nie obawiam się wysyłać swoich zdjęć), że wyglądam niepokojąco i pytał, ile ważę. Ja wiem, że Ł robi to z troski o mnie i Jego pytania mnie nie irytują. Ubrałam się dzisiaj "sprytnie", czyli tak, żeby wyglądać możliwie najszczuplej - ciemny, dłuższy kardigan i spodnie w bardzo podobnym do niego kolorze, tak więc uzyskałam efekt, o jaki mi chodziło. Kardigan zasłonił moje paskudne uda, dlatego uznałam, że jest naprawdę w porządku. 

Do tej pory zjadłam:

Śniadanie:

jajko z solą

kawałek chleba z masłem

herbata

II śniadanie:

herbata

mały kawałek sernika na zimno

kawałek ciasta keks 


Tak, w niedziele zawsze jem więcej (a będzie jeszcze obiad i kolacja). Bardzo chciałabym już być po wtorkowej obronie (pewnie napiszę to jeszcze z tysiąc razy). Wczoraj uczyłam się jakoś do 1:30. Nie dałam rady dłużej. Dzisiaj też posiedzę do tej godziny, mimo że jutro muszę wstać o 6:00, najpóźniej o 6:15. Mam nadzieję, że niedziela mija Wam spokojnie i leniwie. Jeszcze zaktualizuję ten wpis. 

Obiad:

zupa buraczkowa z niecałą łyżką śmietany 12%

1 ziemniak

trochę surówki z białej kapusty i marchewki

roladka ze szpinakiem i czosnkiem (nie wiem, z czego była, nie smakowała za bardzo jak mięso)

Kolacja:

jabłko

pół kubka kawy z mlekiem i łyżeczką cukru



Na pewno jeszcze wpadnie kawa z mlekiem i cukrem na pobudzenie plus może herbata. Oglądam aktualnie "Skazaną" na Playerze (w oczekiwaniu na nową Chyłkę). Już 19:00. Przeczytałam notatki dwa razy, obejrzałam teraz w przerwie od nauki odcinek "Skazanej" i zjadłam jabłko. Nie smakowało mi. Jakieś takie... bez smaku. Może trafiłam na jakiś ewenement, nie mam pojęcia. 

Boję się wtorku. Łatwiej mi z tym strachem, gdy o nim opowiem (padło na Was, sorry). Co prawda, jedno pytanie znam (to, które sama ułożyłam zamiast Promotora), ale dwóch pozostałych - nie. Wydaje mi się, że ogólne pytania umiem na 70%. To wciąż nie wystarcza. Co do pytań z mojej specjalizacji - jest duużo gorzej. Umiem je może w 25% dopiero. Idę teraz naolejować włosy. Mniej się niszczą, a końcówki wolniej się rozdwajają. 

sobota, 11 września 2021

17 Waga i nieidealny bilans

Mam już dosyć. Wszystkiego i wszystkich - nauki, rodziny, nawet Ł. Płakałam dzisiaj już kilka razy i nic nie zapowiada, że to koniec. Wieczorem wejdę na wagę i się zmierzę (oficjalnie. Nieoficjalnie już się zważyłam). Brak ćwiczeń i ruchu, wesele i poprawiny, dużo siedzenia przed komputerem - oto główni winowajcy tego, jak wyglądam i się czuję. 

Rozważam poważnie dzisiejszą wieczorną i nocną naukę. Dzisiaj przejrzałam tylko to, czego nie umiem i ze strachu odłożyłam na bok. Jeżeli chcę zdać (a chcę), muszę poświęcić kilka nocnych godzin. I kropka. Chyba będę tu pisała nocą co pół godziny, żeby się jeszcze bardziej zmotywować i nie iść spać. Inaczej znowu zasnę po myciu i znowu rano będę robiła sobie wyrzuty, że się nie pouczyłam. Już wiem, że nauka w łóżku w moim przypadku nie ma sensu - po prostu zasypiam podczas czytania. Plan na dziś jest taki: jeszcze trochę posiedzę nad pytaniem dla Promotora, bo chcę, żeby miało ono "ręce i nogi", zbiorę pościel, która się wietrzy, wykąpię się szybko (trudno, dziś nie będzie dwugodzinnego leżenia w wannie) i uczę się. A, po myciu się zważę i dodam to tutaj plus dzisiejszy bilans.

Dam radę i ogarnę te cholerne pytania! (Czy ja Wam mówiłam, że obronę mam we wtorek?). Niby jeszcze dwa dni, ale chciałabym poświęcić je na powtórki, nie na naukę. 

(Dzisiaj mija mój 19 dzień bez czekolady!)

Bilans:

Śniadanie:

kromka chleba z masłem i... pasztetem (nic innego nie było, Rodzice dopiero zrobili zakupy przed południem)

herbata

II śniadanie:

serek homogenizowany waniliowy (ma w ogóle całkiem ok liczbę kalorii, jest on z Piątnicy, ale nie wiem, gdzie kupiony)

kilkanaście winogron

mały kawałek sernika z brzoskwiniami

herbata

Obiad:

zupa buraczkowa z łyżką śmietany 12%

5 małych knedli ze śliwkami

Kolacja:

kromka chleba z masłem i twarożkiem z solą

kabanos

herbata (którą właśnie piję)

W moim idealnym świecie nie zjadłabym sernika, pasztetu i kolacji. Niedługo się okaże, jak wiele brakuje mi do pierwszego celu - 41 kg. Idę się myć, zważyć i zmierzyć. Trzymajcie kciuki!

A więc... 41,8 kg. Spodziewałam się 42, mogę powiedzieć tak z ręką na sercu. Zmierzę się jutro, dzisiaj nie mogę znaleźć miary, nie wiem, gdzie ostatnio ją położyłam. 

Oglądałam mecz siatkówki. Polska vs Finlandia. Ładne 3 sety, dużo asów i bloków po naszej stronie. Następny mecz Polacy grają z Rosją we wtorek. Nie wiem, czy którakolwiek z Was lubi siatkówkę...? Ja lubię oglądać. Z racji niedużego wzrostu i małej siły (zgadnijcie, komu piłka nie chciała przejść przez siatkę...) niezbyt chętnie byłam wybierana do gry przez koleżanki w szkole :D Dlatego też zawsze wolałam przyglądać się innym.

Biorę się za naukę. Jest 22:27. Pierwszą przerwę zrobię o 23:00.


piątek, 10 września 2021

16 Bilanse, licencjat, nauka i inne takie

 Przychodzę do Was z bilansem z ostatnich dwóch dni (niepełnym, bo gdybym miała przynajmniej orientacyjnie podać, co zjadłam wczoraj na weselu, chyba bym oszalała. Jadłam potrawy, których nawet nie umiem nazwać :D Ale malutko, po troszku, byleby było widać, że coś na tym talerzu jest). Przejdźmy może do tego, co ważniejsze. BILANSE!

Żeby była jasność - nie jestem z nich szczególnie zadowolona. Ciągle jem za dużo, niektóre rzeczy mogłabym sobie odpuścić np. masło orzechowe i dwie kanapki, które "miłosiernie" zrobiła mi Mama i przychodziła co chwilę, żeby sprawdzić, czy zjadłam... A ja nie chciałam bawić się w ukrywanie jedzenia i wyrzucanie go później. Może powinnam była tak zrobić...?

8.09 (środa)

Śniadanie:

kromka chleba z masłem i twarożkiem

herbata

Obiad:

2 ziemniaki

kieszonka z mięsa z grzybami w środku

trochę surówki z kapusty i marchewki

Kolacja:

2 kromki chleba z masłem, 2 plasterkami szynki i sera żółtego (kanapki od Mamy)

herbata

(w międzyczasie - woda, herbata, sok z czarnej porzeczki)


9.09 (czwartek)

Śniadanie:

pół miseczki twarożku z łyżką jogurtu naturalnego, solą i pieprzem

herbata

II śniadanie:

łyżeczka masła orzechowego

A potem było wesele.


10.09 (piątek)

Śniadanie:

kromka chleba z masłem

herbata

II śniadanie: 

kilka winogron 

kabanos

tost z serem

2 szklanki wody


Tyle na razie. Jest 9:17. Powiem Wam coś, co usłyszałam dziś od Mamy: "Ty nie masz mięśni! A jak nie będziesz jadła (!), to doprowadzisz do zaniku tych mięśni, które jeszcze masz". Ja tu widzę sprzeczność w logice tego zdania. Trudno. A, i jeszcze było coś o tym, że dawniej robiłam jajecznicę, a teraz nie (tylko dlaczego w takim razie słyszę, że jajka trzeba przyoszczędzić na ciasto, na coś jeszcze... Dostajemy jajka, takie "prawdziwe", od kur, które chodzą po podwórku przez cały dzień, więc nie zawsze tych jajek jest dużo). Okej, nevermind, dzisiaj mam rozmowę z Promotorem na temat pytania, jakie będzie chciał mi zadać na obronie. Obronę mam jednak we wtorek. Nie było podpisów wszystkich osób z komisji na jakimś arkuszu, dlatego jest ten dzień zwłoki. Muszę dzisiaj też zadzwonić do dentystki i przełożyć wizytę na inny termin. I dzisiaj są poprawiny tego wesela. Liczę, że posiedzę przez jakąś godzinę i pojedziemy. Dla mnie to strata czasu. Postaram się jeść mało. Wieczorem dodam resztę bilansu i jakąś thinspirację, może nawet kilka. Teraz chcę się trochę pouczyć.

Jutro się ważę i mierzę. Na pewno przytyłam. Same widzicie, ile jem. Od wtorku - ograniczam. Bardzo chciałabym już być po obronie i mieć spokój z tymi studiami. Oczywiście, czeka mnie załatwianie dyplomu, bo w środę muszę już składać papiery na magisterkę, ale Promotor zapewnił mnie, że z tym problemu nie będzie i że sam osobiście zadzwoni do Pani z dziekanatu i Ją ponagli. No i czeka mnie jeszcze wyprawa do Poznania, żeby "podziękować" Promotorowi. Chyba dam Mu jakiś lepszy alkohol. Czy tak wypada? Thinspiracje wstawię za chwilę, muszę przynieść laptop i notatki. 

Obiad:

3 kluski śląskie

żurek

trochę surówek: z białej kapusty, z czerwonej kapusty i z marchewki

2 pierogi z mięsem (nie wiedziałam wcześniej, z czym są)

2 herbaty owocowe

Trzymajcie się!






wtorek, 7 września 2021

14 Historia o (braku) asertywności

Powiedziałam sobie, że na razie rezygnuję z pisania postów, ale to, co się dzisiaj... Wydarzyło, zasługuje na wpis.

Pojechałam przed chwilą po moją Siostrę. Czekałam na Nią, bo zakładała buty. Pojawiła się wtedy pewna pani. Moja Siostra jedzie na wycieczkę do Warszawy we wrześniu, jakoś za dwa tygodnie. I okazuje się, że potrzebne jest zaświadczenie o Jej szczepieniu na Covid-19. To zaświadczenie jest, zostało nawet wydrukowane, tylko że znajdowało się przez dość długi czas w torebce mojej Mamy. Przyznaję, panie z tych Warsztatów mówiły mi kilka razy, że tego potrzebują. Zapominałam i zapominała również Mama wyjąć to zaświadczenie z torebki i mi je dać... Ale, wracając do całej historii - pojawiła się więc pewna pani i od razu wyskoczyła do mnie z pretensjami: "dlaczego nie daliście jeszcze tego zaświadczenia? Ono jest potrzebne! Ma pani (czyli ja) je jutro tu dostarczyć!". Gdyby to powiedziała normalnym tonem, byłoby ok. Ale ona prawie na mnie nakrzyczała. Ja na to: "dobrze, jutro je przyniosę". Ona: "pani przynosi to już od tygodnia! Ma pani jutro to zaświadczenie przynieść!". Cóż... Nic na to nie odpowiedziałam. Wyszłam. Dopiero w samochodzie się rozryczałam. Zadzwoniłam do Ł. Ponieważ Ł na co dzień ma do czynienia z prawem (ale prawnikiem nie jest), poinformował mnie, że nikt nie ma prawa (dopóki nie wejdzie takie rozporządzenie/ustawa, nie wiem, jak to się może nazywać), żądać od kogokolwiek takiego zaświadczenia. Do czego jednak zmierzam w tym całym wywodzie - nie umiem postawić wyraźnych granic, gdy ktoś sprawia, że czuję się niekomfortowo. Taka błaha sytuacja sprawiła, że ryczałam w aucie przez cały kwadrans, bo baba, którą widziałam pierwszy raz na oczy (i obym już jej więcej nie oglądała), odezwała się do mnie niemiło. 

Oczywiście, w drodze do domu przećwiczyłam dziesięć scenariuszy, w których odważnie mówię, że sobie nie życzę, by ktokolwiek odzywał się do mnie w taki sposób, odwracam się dumnie na pięcie i odchodzę. Szkoda, że rzeczywistość boleśnie uświadomiła mi, jak to naprawdę bywa... Ł powiedział do mnie jeszcze, że gdy przeprowadzę się do Krakowa, będziemy ćwiczyli takie sytuacje, żebym potrafiła zachowywać się asertywnie. A Wy potraficie być asertywne?  

Śniadanie:

tost z żółtym serem z piekarnika

herbata

Obiad:

2 ziemniaki pieczone z ziołami

plus w międzyczasie woda i woda z sokiem bananowym, herbata i sok porzeczkowy

niedziela, 5 września 2021

11 To nie jest normalne

 Dzień dobry, Drogie! Jak mija Wam weekend?

U mnie jest tak sobie, jeżeli chodzi o jedzenie. Zaraz podam tu, co jadłam w sobotę i co zjadłam dzisiaj. Chciałam jeszcze podzielić się kilkoma przemyśleniami. Znowu będzie o mojej Mamie, niestety. Poziom lęku przed Nią jest u mnie tak duży, że aż cała się spinam, gdy słyszę Jej głos. To jest jeszcze lęk wyniesiony z dzieciństwa. Nie umiem się go pozbyć, mimo tak wielu lat, które upłynęły od kilku zdarzeń. O tych sytuacjach nie chcę tu opowiadać, nie o wszystkich. Przytoczę jedną. Mam jakieś 14-15 lat i siedzę w kuchni razem z Mamą. Odrabiam lekcje z Jej pomocą (był pewien przedmiot, którego nie rozumiałam, a na moje nieszczęście był konikiem mojej Mamy). Nie rozumiem czegoś, po raz kolejny podaję błędną odpowiedź, coś mi nie idzie. Mama podnosi na mnie głos, szarpie mnie za włosy i uderza w rękę. Zaczynam płakać. Na to wszystko przychodzi do naszego mieszkania sąsiadka. Momentalnie głos mojej Mamy się zmienia. Nie jest ostry, staje się spokojny, miły, pełen słodyczy. Twarz nie jest już wykrzywiona gniewem. I to wszystko w jednej sekundzie. Dostaję ostrzegawcze spojrzenie w stylu: "masz nie płakać i udawać, że nic się nie stało". Takich sytuacji (lub bardzo podobnych) było wiele. Metamorfoza mojej Mamy jest zadziwiająca, naprawdę. 

W tygodniu (od poniedziałku do piątku) do wczesnego popołudnia mogę robić i jeść to, co chcę. Spędzam czas tak, jak uważam - uczę się, odpoczywam, oglądam filmy, seriale, ucinam sobie drzemkę. Nikt nie stoi nade mną, nikt mnie nie woła. Odpoczywam psychicznie, mimo że ostatnio siedzę nad pracą i nauką. Po południu jest inaczej - rzadko mam okazję, żeby nawet wziąć telefon do ręki, bo jest masa rzeczy do zrobienia. Teraz też tak będzie. W środę spodziewamy się gości, więc podejrzewam, że już we wtorek dostanę dokładną listę rzeczy do zrobienia i przygotowania. 

Wiecie... To bardzo obciążające psychicznie, gdy ktoś bliski ma same wymagania względem Was, a cokolwiek byście nie zrobiły, zawsze może się do czegoś przyczepić. Na zewnątrz, przy obcych osobach, czy przy rodzinie, ta osoba jest wcieleniem dobra. Uśmiecha się do Was przy stole, żartuje... A chwilę po odjeździe gości potrafi wybuchnąć z błahego powodu. 

Miałam niedawno taki moment, że przypomniałam sobie podczas odkurzania jakąś sytuację związaną z moją Mamą. Działo się to ponad dziesięć lat temu, a ja nadal na samo wspomnienie reaguję płaczem, trzęsę się z emocji i trudno mi się uspokoić. To nie jest normalne. 

Zmieniając temat - zaraz napiszę tu bilans z soboty. Ten dzisiejszy, niedzielny,  jeszcze zaktualizuję.

Sobota

Śniadanie:

2 kromki chleba z pastą z tofu wędzonego

herbata

II śniadanie:

1/3 drożdżówki z makiem

1/3 ciastka kakaowego

1/3 zwykłej drożdżówki

kawa z mlekiem

Obiad:

roladka ze szpinakiem

lasagne

2 łyżki sałatki z kalafiorem i jajkiem

Deser:

kawałek ciasta ze śliwkami i kruszonką

herbata


Niedziela

Śniadanie:

jajko z solą

2 łyżki sałatki z kalafiorem i jajkiem

herbata

II śniadanie:

kawałek ciasta ze śliwkami i kruszonką

herbata

Obiad:

rosół z makaronem

lasagne

trochę sałatki z rukolą, sałatą i pomidorkami koktajlowymi

Kolacja:

trochę sałatki z kalafiorem, kukurydzą i słonecznikiem

kromka chleba z masłem

herbata

Dużo tego. Co do lasagne, to zjadłam jej mały kawałek. "Trochę" sałatki oznacza dwie łyżki. Biorę pierwszą (!) tabletkę przeciwbólową od rana (jest 21:08). Pod tym względem jest progres.

Trzymajcie się!






poniedziałek, 23 sierpnia 2021

05 Bilans z dwóch dni, waga i wymiary

Dzień dobry, Drogie, w ten deszczowy, wietrzny i pochmurny poranek. Sobota minęła mi na zwykłych, co-sobotnich aktywnościach - sprzątaniu, praniu, pomocy mojej Mamie przy gotowaniu, zakupach. Nie ćwiczyłam (chyba, że gimnastykowanie się z odkurzaczem można zaliczyć do ćwiczeń...). Sobotni bilans wyniósł 1301 kcal. Zgubiły mnie dwa kawałki ciasta ze śliwkami. DWA. Zrobiłam za to 2025 kroków, co oznacza, że spaliłam 51 kcal. Nie jestem zadowolona.

Niedziela, o dziwo, pod względem kalorii zaskoczyła mnie "in plus" - 730 kcal. Liczbę kroków przemilczę. W niedziele nie noszę ze sobą telefonu, a nawet gdybym miała go przy sobie, byłby to śmiesznie mały wynik. 

Jak mogłabym podsumować weekend?

W sobotę, pomimo "biegania" w domu, odpoczęłam. Znalazłam czas na relaks w wannie i maseczkę. Niedzielę za to, choć luźniejszą, spędziłam trochę bezczynnie. Co prawda, powtórzyłam jakieś zagadnienia, ale głównie czytałam "Przeklinam Cię, ciało" Wandy Lachowicz. Mam mieszane odczucia względem tej książki. 

A dzisiaj?

Plan dnia

1. Wyprać sweter

2. Wyprasować trochę prania

3. Poprawić resztę podrozdziałów 

4. Powtórzyć zagadnienia na obronę (te, które umiem) i nauczyć się przynajmniej 4

5. Poćwiczyć deskę, spalanie tłuszczu z brzucha i porozciągać plecy

Jest 8:52. Wezmę się za przygotowanie śniadania. Zamierzam upiec chlebek naan (nigdy go jeszcze nie robiłam, ciekawa jestem, jak smakuje i czy w ogóle wyjdzie) i zjeść go z hummusem, który dzisiaj kupiłam. Zanim jednak go zrobię, zważę się i zmierzę. BOJĘ SIĘ. Czy uwierzycie, że kiedyś potrafiłam kilka razy dziennie wchodzić na wagę? Teraz się boję.

Waga (w ubraniu, następnym razem postaram się ważyć tylko w bieliźnie): 41,7 kg

Wymiary:

Łydka (w najszerszym miejscu): 29 cm

Udo (w najszerszym miejscu): 43 cm

Biodra (w najszerszym miejscu): 79 cm

Talia 57 cm

Pod biustem 65 cm

Biust 73 cm

Ramię (w najszerszym miejscu) 24 cm

Przedramię (w najszerszym miejscu) 19 cm

Nadgarstek 14 cm


Bilans:

Śniadanie:

2 chlebki naan 360 kcal

2 łyżeczki hummusu paprykowego 104 kcal

herbata 2 kcal

II śniadanie:

mus Tymbark  - pomarańcza, marakuja, jabłko, banan 68 kcal


Nie mam pojęcia, czy tak powinien wyglądać ten chlebek. Był smaczny! Zrobiłam więcej tych chlebków, żeby mieć na jutro. (Na zdjęciu porcja hummusu na dwa chlebki)

Obiad:

zupa paprykowo-fasolowa ok 98 kcal (?)

kasza jęczmienna z warzywami ok 62 kcal

surówka z białej kapusty i marchewki (6 łyżek) 33 kcal

Kolacja:

mały chlebek naan  ok 120 kcal

pół łyżeczki hummusu paprykowego 13 kcal

herbata zaparzana ok 5 kcal

Razem: 865 (?) kcal

Wiecie, co? Zakochałam się w hummusie 💚 Dzisiaj nie dam rady poćwiczyć, właśnie zjadłam kolację i jestem pełna. Chyba muszę ćwiczyć do południa; mam wtedy dużo czasu i spokój. Pouczę się teraz trochę. Nie poprawiłam żadnego podrozdziału, a muszę wszystko dosłać najpóźniej do piątku. Mój promotor jest trochę dziwny i każe mi np. pozmieniać przypisy tak, żeby pewien Pan, który będzie recenzentem mojej pracy, a którego publikację wymieniam w pracy, poczuł się... Dobrze? Zaraz Wam spróbuję wyjaśnić - piszę np. książka Pani X za artykułem Tego Pana. Promotor każe mi opuścić książkę Pani X i pozostawić tylko artykuł Tego Pana (w przypisach).

Dobra, nie umiem tłumaczyć 😜 Idę się uczyć, odkładam telefon (jakoś inaczej się pisze niż na laptopie, nie umiem się przestawić). 

A, jeszcze bilans kroków z dziś - 1674, czyli spalone 41,2 kcal. 

Trzymajcie się ciepło! 

piątek, 20 sierpnia 2021

04 Obcy na ulicy mają gdzieś jak wyglądasz*

*(prawa autorskie: Ariela z bloga thin line forever)

Dzień dobry, Kochane Kruszynki!

Do napisania tego posta zainspirowało mnie zdanie, które przeczytałam na blogu thin line forever - "obcy na ulicy mają gdzieś jak wyglądasz". Zastanówmy się, czy tak właśnie nie jest? Codziennie mijamy na ulicy dziesiątki, jeśli nie setki osób. Czy bardzo wnikliwie przyglądamy się każdej z nich? Rejestrujemy je wzrokiem, poświęcamy im milisekundę uwagi, być może raczej na poziomie naszej podświadomości. Oczywiście, spostrzeżemy kogoś, kto w jakiś sposób wyróżnia się z tłumu, ale zazwyczaj krzyczy on do społeczeństwa za pośrednictwem swojego ubioru. 

Od wielu lat bardzo przejmuję się spojrzeniami obcych mi ludzi. Doszło do tego, że w czasie największych upałów, gdy musiałam załatwić parę spraw w mieście, panikowałam, zakładając jedną z moich dłuższych letnich sukienek. Co z tego, że sięgała mi za kolano, a rękawy osłaniały większą część rąk, jeżeli przechodząc chodnikiem obok siedzących przy stolikach pobliskiej lodziarni osób, czułam ich palące, krytyczne spojrzenia na moim ciele. W takich chwilach zazwyczaj tysiące myśli kotłują się w mojej głowie: "na pewno zaraz zaczną o mnie mówić między sobą", "będą mnie wyśmiewać". I nie potrafię wówczas racjonalnie podejść do całej sytuacji. Nie umiem wytłumaczyć sobie: "ja zachowuję się podobnie, gdy siedzę gdzieś i gdy mija mnie ktokolwiek. Jest on tylko czymś w rodzaju przełamania monotonii bezczynnego siedzenia. Za dwie sekundy nawet nie będę potrafiła powiedzieć, czy ten człowiek był blondynem czy szatynem, bo skoncentruję się na czymś innym". 

Jem właśnie moje śniadanie, czyli góralka. Wiem, ma mnóstwo kalorii, z czego większość to węglowodany. Przez resztę dnia będę jadła już zdrowo i potraktuję ten batonik jako zaspokojenie swojego "słodyczowego głodu" na dziś.

Mój plan na dziś:

1. Zakupy spożywcze i w Rossmannie

2. Upiec ciastka

3. Kupić papier pakowy

4. Przygotować kartkę do Listu

5. Wysłać paczkę

6. Sfotografować spódnicę na Vinted

7. Ugotować zupę i fasolkę szparagową

8. Poprawić podrozdziały

9. Zjeść mniej niż 1000 kcal

10. Ćwiczenia na brzuch (m.in. z aplikacji plank i spalanie tłuszczu z brzucha), pośladki (aplikacja 30 dni) i rozciągające na plecy (coś z YT)

Robi się tu coraz goręcej i umierałam na zakupach. Na dodatek wyszedł mi palec w nowej skarpetce. Nie mam pomysłu na zupę, oczywiście miałam kupić coś do niej, ale zapomniałam. 

Ostatecznie ugotowałam zupę paprykową. Dodam część mojego bilansu, który zaktualizuję, jak zwykle, wieczorem. Jestem na siebie zła, bo nie dotrzymałam danej sobie obietnicy o niejedzeniu już dzisiaj słodyczy... 

Bilans:

Śniadanie:

góralki (sztuka) 272 kcal

0,5 litra wody 0 kcal

II śniadanie:

ciastka Rico Ranki 218 kcal (po cholerę mi one były, no!)

Obiad:

zupa paprykowa 72 kcal (niezagęszczana niczym)

fasolka szparagowa (idę ją właśnie zjeść) 35 kcal

Kolacja:

herbata 2 kcal

Razem: 599 kcal


A taki kolor ma kartka (to znaczy List) moczona w herbacie przez 2-3 godziny i wysuszona w piekarniku. 


Jest 20:15, a ja totalnie nie mam na nic siły. Ani na jedzenie, ani na ćwiczenia. Porozciągałam tylko plecy. Nie wiem, skąd we mnie taki brak sił i chęci. A plany były naprawdę ambitne... Cieszy mnie jedynie bilans jedzeniowy i bilans kroków - 6291, co dało 147 spalonych kalorii. 

Jutro rano jedziemy z Mamą na zakupy, jak zwykle, co tydzień. Poodwiedzam Was teraz, a potem najprawdopodobniej coś poczytam lub pójdę się myć i spać.

Trzymajcie się!

czwartek, 19 sierpnia 2021

03 Nie jest źle, czyli reset głowy i niezły bilans

 

Wróciłam właśnie z tej wycieczki, o której pisałam Wam w poprzednim poście. To był wyjazd około 50 km od mojego miejsca zamieszkania do stadniny koni. Pływałam łódką, jechałam bryczką i wdychałam świeże, leśne powietrze, resetując głowę i oczyszczając myśli. 

Jak się mogę domyślać, najbardziej interesuje Was mój bilans, zgadłam? No, przyznajcie się! Nie jest źle, ale nie jest i bardzo dobrze. Najprawdopodobniej nic już dzisiaj nie zjem (stan na godzinę 17:24), jednak wiem już, że terminami "nigdy", "nic", "wszystko" i "zawsze' najlepiej posługiwać się ostrożnie. 

Ostrzegam, że ilość jedzenia może Was przerazić. Z kaloriami, na szczęście, nie jest tragicznie. Zresztą...

Bilans:

Śniadanie:

kromka chleba razowego 82 kcal

masło 72 kcal

plasterek sera gouda Światowid 52 kcal

herbata bez cukru 2 kcal

II śniadanie:

herbatnik pełnoziarnisty Bonitki 42 kcal 

cukierek Joguś 17 kcal

herbata z cukrem 36 kcal (nie miałam innej opcji do wyboru, niestety)

Obiad:

kiełbasa z grilla 191 kcal

mała kromka chleba 69 kcal

pół bułki ciabatty 51 kcal

masło 36 kcal

pół plasterka sera Gouda Światowid 26 kcal

herbata z cukrem 36 kcal

zupa pomidorowa z makaronem 60 kcal

Razem: 772 kcal


Zrobiłam dziś 5279 kroków, czyli przeszłam prawie 3,5 km i spaliłam 133,7 kcal (stan na 17:36)

Kolacji, rzecz jasna, nie zamierzam już jeść. Może wypiję jeszcze herbatę albo wodę.

Dziś nie dodam planu, bo zamierzam przez resztę dnia się uczyć i poprawiać kolejne podrozdziały. Poćwiczę jutro. Myślę o jakichś ćwiczeniach rozciągających na plecy i może na brzuch i pośladki. Poza tym, dziś nie będzie thinspiracji. Pokażę Wam kilka zdjęć z wyjazdu (w tym kawałek mnie 😛)




Trzymajcie się ciepło! Lecę pozaglądać do Was!

środa, 18 sierpnia 2021

02 Początek, a już katastrofa

 Tak jak w tytule - ten dzień dopiero się rozpoczął, a już dał mi mocno w kość. Ból pleców po lewej stronie, zupełnie nie wiem, od czego i nieplanowana kanapka. Jak zwykle uległam Mamie - "przecież ukroiłam ten kawałek, nie może obsychać". Ehh. Najgorsze jest to, że nie umiem się z Nią spierać, bo potem stosuje wobec mnie terror emocjonalny - nie odzywa się w ogóle i traktuje jak powietrze. 

Tak, jak pisałam w poprzednim poście - muszę zaplanować listę rzeczy do zrobienia i myślę, że taki plan będę zapisywała w każdym poście, jaki będę dodawała na tego bloga, a potem odhaczę, ile z zamierzonych czynności/aktywności zrealizowałam. 

Plan na dziś:

1. Telefon do dentysty (muszę przełożyć wizytę)

2. Ciastka dla Ł 

3. Nauka przynajmniej 10 zagadnień do obrony i powtórzenie tych, które już umiem (albo wydaje mi się, że umiem...)

4. Podlanie moich Monster

5. Maska przed myciem włosów (często zapominam) i wcierka po wyschnięciu

6. Ćwiczenia rozciągające na plecy

7. Poprawa pracy (przynajmniej jednego podrozdziału)

8. Pić więcej wody/herbaty (4 szklanki)

Jeżeli o czymś sobie przypomnę, dopiszę do listy. 

Bilans:

Śniadanie: 

kromka razowego chleba 82 kcal

masło 72 kcal

plasterek żółtego sera 52 kcal

herbata 2 kcal

II śniadanie:

kostka czekolady 32 kcal

porcja kiślu truskawkowego 71 kcal

herbata 2 kcal

Przekąska:

lód w rożku o smaku słonego karmelu 293 kcal

szklanka wody 0 kcal

Obiad:

zupa ogórkowa 98 kcal

surówka z kapusty i marchewki 69 kcal

2 małe ziemniaki 127 kcal

mały kawałek grillowanej piersi z kurczaka 111 kcal

Kolacja:

herbata 2 kcal

Razem: 833 kcal

Już wiem, że ciastek nie wyślę, bo nie mam papieru pakowego i produktów. Co do tej czekolady - czy przecieracie oczy ze zdumienia i oburzenia, jak można jeść codziennie (!) czekoladę? - wolę zjeść kostkę raz dziennie, niż pożreć całą tabliczkę podczas napadu. Dobra, lecę się przebrać i zrobić te ćwiczenia na plecy. Sama jestem ciekawa, jak one wyglądają 😃



Uwielbiam wygląd młodej Kate <3 

Ten lód o smaku słonego karmelu był prze-py-szny! W rożku, ale pakowany jak lody na patyku. Kupiłam go w POLO. Kosztował niecałe 3 zł i był naprawdę warty swojej ceny. Nie zrobiłam zdjęcia (rzadko kiedy mam do tego głowę). 

Jutro jadę z moją Siostrą na wycieczkę. Nie mam pojęcia, dokąd. Wiem tylko, że jest tam jakaś stadnina koni i las, więc będzie można pospacerować. Dzisiaj, na przykład, zrobiłam tylko 1698 kroków. Liczę po cichu, że przynajmniej trzykrotnie pobiję ten wynik 😀 Co do jedzenia zaś... Będę chciała nieprzekroczyć 1000 kcal, jak udawało mi się do tej pory, lecz jeśli nie uda mi się ta sztuka, nie będę się (przesadnie) karać. 

Jutro też z powodu tego wyjazdu gdzieś-nie-wiadomo-gdzie dodam bilans po południu, po powrocie do domu. Lecę teraz poodwiedzać Wasze blogi.

Trzymajcie się! 

(co do ćwiczeń... Wybrałam jakieś pierwsze-lepsze i plecy już mnie nie bolą. Muszę częściej ćwiczyć)

wtorek, 17 sierpnia 2021

 01 

Jejku! Bardzo się cieszę, że zajrzałyście tutaj i zostawiłyście tyle miłych słów pod moim adresem :) To bardzo kochane <3 

Jest 8:21, zaraz będę jadła śniadanie, tylko czekam, aż zagotuje się woda w czajniku, żebym mogła zaparzyć swoją ulubioną sypaną herbatę. Zamierzam zjeść banana i kostkę czekolady. Niestety, czekolada to mój mały nałóg i "guilty pleasure". Podchodzę jednak do jej jedzenia racjonalnie, co dawniej mi się nie zdarzało i potrafiłam zjeść od razu(!) za jednym posiedzeniem (!) tabliczkę albo i dwie... Takie ekscesy przytrafiały się mi kilka razy w tygodniu. Nie wiem, doprawdy, jak to się stało, że z takim jedzeniem nie przekroczyłam nigdy 50 kg, choć... było blisko. Moja Mama powiedziałaby Wam, że "jak to? oczywiście, że ważyłaś POWYŻEJ 50 kg". Nie, nie ważyłam. Nawet w tych złych czasach, gdy jadłam bez opamiętania, ale chciałam schudnąć (fuck logic), kontrolowałam wagę i nigdy nie ważyłam 50 kg.  

Wczoraj o tym nie napisałam, a miałam - piekłam ciastka. I jestem z siebie super dumna, bo nie zjadłam nawet okruszka! Te ciastka potem zapakowałam do paczek i powysyłałam jako mały prezent dla subskrybentów mojego Ł. Ł to mój... chłopiec, nie chłopak. nie lubię tego określenia. Jest o 5 lat starszy ode mnie, poznaliśmy się przez Internet na jakimś czacie i mieszka 400 km ode mnie. Wie o moich "zaburzeniach odżywiania", jesteśmy ze sobą ponad 4 lata. Sam waży przy wzroście ponad 180 cm około 58-60 kg (bo przytył), ale On do jedzenia podchodzi w miarę normalnie. To znaczy - nie liczy kalorii, ale często nie ma czasu, żeby jeść. Pracuje i poza tym prowadzi kanał na YouTube. 

Wracając do ciastek - dzisiaj będę piekła kolejną partię. Znowu dla subskrybentów Ł, ale i dla samego Ł. Nie spodziewa się tego. Chcę dokupić Mu jeszcze coś do golenia i napisać liścik. Jestem z tych osób, które lubią pisać (w ogóle), a swoje liściki dla Bliskich (Ł i przyjaciół) piszę na specjalnie przygotowanym papierze, który moczę w herbacie, a potem suszę w piekarniku. Po tych zabiegach kartki są sztywne, ale i nabierają ładnego koloru, takiego "vintage". Czasami takie kartki przypalam jeszcze nad płomieniem świecy i w ten sposób dodatkowo je postarzam. 

Na dzisiaj, oprócz pieczenia, zaplanowałam sobie trochę nauki i ugotowanie zupy. Lubię gotować, bo robię zawsze zupy na wywarze z warzyw i nie dodaję do nich żadnych mięsnych wywarów, co preferuje moja Mama. Oczywiście, zagęszczam je albo jogurtem, albo zmiksowanymi ziemniakami/warzywami. Nie mam pojęcia, co oprócz zupy zjem na obiad. Drugimi daniami zajmuje się Mama i czasami gotuje pyszności w stylu kopytek czy klusek śląskich, ale najczęściej jest to jakieś mięso i ryż, ziemniaki lub kasza plus surówka. 

Rozpisałam się niesamowicie. Muszę pododawać wreszcie Wasze blogi! Bilans będę aktualizowała (najpewniej wieczorem)

Edit: blogi pododawałam, ale jeszcze nie wszystkie. Ciastka upiekłam, ale jedna porcja mi nie wyszła, więc do Ł wyślę ją jutro. Zupa się gotuje, jeszcze nie poczytałam moich notatek, pakuję właśnie ciastka do paczek i będę jechała po moją Siostrę do "pracy". Piszę w cudzysłowie, bo moja Siostra jest  niepełnosprawna intelektualnie i zawożę Ją codziennie na warsztaty terapii zajęciowej, i Ją z nich odbieram :)

Śniadanie:

banan  105 kcal

kostka czekolady  35 kcal

herbata bez cukru, oczywiście, 4 kcal (?)  wiem ,że zwykła ma 2, ale wolę przyjąć, że zaparzana ma więcej :)

II śniadanie:

porcja kiślu truskawkowego(w sumie było więcej wody niż kiślu, jakoś źle odmierzyłam) 71 kcal

drożdżówka z serem (jadłam, żeby Mama się nie czepiała... wiem, brzmię jak dwunastolatka, ale ostatnio słyszę tylko: zjedz coś, jak ty wyglądasz itd)  214 kcal

herbata bez cukru 2 kcal

Obiad:

zupa ogórkowa 101 kcal

sałatka ziemniaczana 88 kcal

surówka z białej kapusty i marchewki 104 kcal

grillowana pierś z kurczaka bez panierki 111 kcal

Razem: 835 kcal


Mała thinspiracja:


Mogło być lepiej - bez tej drożdżówki. Powinnam więcej pić, zarówno wody, jak i herbaty. Być może jutro dodam jakieś cele do zrealizowania w (niedalekiej) przyszłości. Muszę mieć jakiś bardziej skonkretyzowany plan, muszę robić listy "to do" i mniej korzystać z telefonu. Widzę, że zabiera mi to dużo czasu, który mogłabym poświęcić np. na... ćwiczenia? Strasznie się zaniedbałam, jeśli o tym mowa. 

Mam nadzieję, że u Was lepiej minął ten dzień i źe jesteście zadowolone ze swoich bilansów...

Trzymajcie się chudo!

poniedziałek, 16 sierpnia 2021

 00 POCZĄTEK

Jak się macie, Drogie?

To mój pierwszy blog. Blog o mnie, o moich zmaganiach z codziennością i wagą. Przez wiele lat tylko czytałam wpisy dziewczyn z ruchu pro-ana, czasem dodałam jakiś komentarz pod postem. Równocześnie starałam się, tak jak i one, zrzucać kilogramy, ćwiczyć i chudnąć. Prowadziłam zeszyt, w którym zapisywałam wszystkie zjedzone posiłki, podliczałam kalorie i miałam poczucie jakiejś kontroli nad swoim życiem. Ten stan trwał z przerwami przez 5 lat. Potem poszłam na studia i zupełnie nie przejmowałam się swoją wagą. Może, żebyście miały jasność, podam (orientacyjnie), ile ważyłam w poszczególnych okresach mojego życia.

- 14 lat (początek mojej "przygody" z Aną) - 44-45 kg. Wzrost 164 cm

-18-19 lat (próbowałam schudnąć do 40 kg, ale robiłam to bardzo nieumiejętnie) - 47-49 kg

- 25 lat (obecnie) - 41-42 kg

Cel: 40 kg, cel ostateczny - ?

Wzrost mam ten sam, co w wieku 14 lat - 164 cm (bardzo szybko rosłam w szkole podstawowej, potem, niestety, nie urosłam już ani o centymetr).

Na razie nie myślę o żadnej diecie. Mniej-więcej chcę jeść poniżej 1200 kcal. Mieszkam ciągle z rodzicami (przez pandemię), a studiuję w Poznaniu. We wrześniu bronię licencjat (tak, licencjat, nie pytajcie, dlaczego tak późno, nie lubię o tym mówić, może kiedyś coś więcej o tym napiszę), dlatego intensywnie uczę się na obronę i poprawiam tę moją nieszczęsną pracę... 

Bilans dodam wieczorem. Chciałabym też dodać jakieś Wasze blogi... Muszę to poogarniać, ale dopiero wieczorem. 

Trzymajcie się chudo!


Ok, mam trochę czasu teraz, po południu, więc dodam mój dotychczasowy bilans;

Śniadanie:

krakersy oven baked 364 kcal (wiem, sporo, ale chciałam zjeść coś, co zaspokoi mój głód na długo).

Obiad:

leczo 53 kcal

sałatka ziemniaczana 88 kcal

sałatka grecka 101 kcal

odrobina (1/2 łyżeczki) sosu pomidorowo-musztardowego 6 kcal ? (Nie jestem pewna, bo sprawdzałam wartość kaloryczną dla sosu pomidorowego...)

Już chyba nic więcej nie zjem. Jest 20:04, tak więc...

Suma: 612 kcal