Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lipca 2022

50 Do przodu

Wczoraj wieczorem zrobiłam ćwiczenia rozciągające mięśnie karku, bo - jak już Wam wspominałam - bardzo często mnie bolały. Jestem pozytywnie zaskoczona. Mimo że spałam znowu w niewygodnej pozycji, tym razem nic mnie nie boli. Same ćwiczenia trwały max 3-4 minuty. Będę je wykonywać co wieczór. Nie potrzebuję żadnego sprzętu, nie muszę podskakiwać... Spróbuję też dzisiaj poćwiczyć tak bardziej ogólnie. Ominę różne podskoki, żeby nikt mi nagle nie przyszedł do pokoju i nie zadawał głupich pytań. 

Rano zjadłam dwie kanapki z białym twarogiem, takim prawdziwym. Mówię Wam - jeżeli tylko macie możliwość takiego spróbować, kupcie sobie. Od razu poczujecie różnicę. Potem wypiłam latte bez cukru i zjadłam pół kawałka jakiegoś ciasta z wiśniami. 

Gotowałam zupę z młodych buraczków i warzywek - pora, ziemniaków, marchewki. Wyjdzie pyszna! Jest niezabielana i nie zamierzam do swojej porcji dodawać śmietany ani jogurtu. Siedzę nad researchem do magisterki już drugi dzień, ale materiału do przejrzenia ubywa. W tym tygodniu powinnam już wiedzieć, mieć ogólny zarys, z czego będę korzystała. 

Wczoraj czytałam (w zasadzie - męczyłam) tę książkę. Spodziewałam się, że akcja będzie rozgrywała się we Włoszech, co sugeruje sam tytuł, no ale przeliczyłam się. Polecicie coś w wakacyjnym klimacie?

Dzisiaj pomagałam mamie przy kiszeniu ogórków. Lubię tego typu zajęcia - potem na zimę można coś otworzyć do obiadu. Wypiłam przed chwilą kolejną latte. Będę jadła zupę buraczkową. 

Mimo tego wczorajszego napadu, czuję się dobrze. Trzymam się z dala od tej szafki, zresztą kawa pomaga zniwelować odczucie słodyczowego "głodu". 

Na drugie 2 małe ziemniaki, jajko sadzone i tarte buraczki. Potem ćwiczenia na brzuch, uda, ramiona, pośladki i rozciąganie mięśni karku. Nie jestem przyzwyczajona do ćwiczeń. Ała. Boli. Teraz prysznic i kolejny rozdział książki (nienawidzę zostawiać niedoczytanych powieści...). 


środa, 13 lipca 2022

49 Zmiana myślenia? (napad)

Wstałam o 8:00, ugotowałam po raz pierwszy od roku owsiankę i wkroiłam do niej banana, a to dziwne, bo kiedyś, jeszcze na licencjacie, jadłam owsiankę prawie codziennie.

Trochę czytam, trochę robię research do magisterki. Piję latte. Śmieję się zawsze, że moja idealna kawa to w 2/3 mleko, a tylko w 1/3 kawa. Rano wyszłam na zewnątrz, żeby podłapać trochę słońca i porzucać piłkę mojemu psu (uwielbia to). 

Tradycyjnie już będę aktualizować ten post. 

Mama nareszcie powiedziała mi, dlaczego się do mnie nie odzywała - była zła o to, że w czwartek nie zadzwoniłam do niej (a dzwoniłam codziennie) i nie powiedziałam jej, że wracam w piątek do domu. Pytała mnie o studia, czy wszystko na pewno mam pozaliczane - "siedzisz ciągle z laptopem i nie wiem, czy się uczysz do jakiejś poprawki, czy o co chodzi". Powiedziałam zgodnie z prawdą, że przygotowuję się do pisania magisterki i że czytam już lekturę, bo w letnim semestrze kilka razy nie dałam rady z natłokiem obowiązków (praktyki, studia, egzaminy) i potem czułam się po prostu źle.

Do tej latte zjadłam kawałek ciasta tego samego, co wczoraj, z owocami. Moja ciocia (siostra mamy) zaprasza nas w niedzielę na imieninowy obiad. Nie dam rady się od tego wykręcić. A taki obiad będzie składał się z mnóstwa dań. Oczywiście, mogę sobie nałożyć jakiejś sałatki i tak zrobię. Mimo wszystko, przeraża mnie to (no i  znając życie, wszyscy będą zainteresowani tym, co kto ma na talerzu - tak tu po prostu jest...)

Nie zjadłam dzisiaj zupy. Wiem, zachowuję się pewnie jak niezrównoważona nastolatka, bo oszukałam mamę z tą zupą... Żałosne, prawda?

Muszę zacząć ćwiczyć. Zaraz poszukam jakichś - na początek - dość prostych ćwiczeń. Mój brzuch to porażka. Tak samo uda. Chodzę teraz w legginsach i widzę dwa tłuste balerony, gdy siadam. Ohyda. Przyznaj się, że masz ochotę wpieprzać słodycze i że ta przeszklona szafka w pokoju sprawia, że aż się trzęsiesz.

Wiecie, co stało się katalizatorem tej zmiany myślenia? Mój dawny dziennik. I uświadomienie sobie, że jeżeli nie będę miała kontroli nad tym, co jem i ile jem, to nie będę miała kontroli nad niczym innym. 

Miałam przed chwilą klasyczny napad. 400 dodatkowych kalorii. 2 batoniki z zakazanej szafki. I tylko dlatego, że akurat były pod ręką, a nie dlatego, że miałam ochotę na słodkie. Mogłam zjeść tę zupę albo banana. Nawet z łyżeczką masła orzechowego. A tak... Puste, niepotrzebne kalorie. 

Nie rozumiem tego - zachowywałam się jak zombie, jakbym była na jakimś autopilocie. Muszę jeść częściej, ale mniejsze porcje. I nie siedzieć w tamtym pokoju, żeby już nic mnie nie kusiło. Pobrałam dwie aplikacje - z ćwiczeniami na brzuch, nogi, pupę i ramiona, i apkę z ćwiczeniami do rozciągania. Często boli mnie kark, niekiedy plecy. Śpię w dziwnych pozycjach, przesiaduję przy komputerze. Mało się ruszam (przeszłam może 1 km z psem na spacerze). 

Ł (mój partner) dopytuje, co się dzieje, że nie odbieram telefonów. Powiedziałam mu, że nie miałam potrzeby/ochoty z nim rozmawiać. Tak to już ze mną jest - potrafię tęsknić, gdy wyjdzie do sklepu na 10 minut i nie czuć nic, gdy nie widzimy się przez miesiąc albo i dłużej (na początku znajomości widywaliśmy się dwa razy do roku - on w Krakowie, ja byłam wtedy w Poznaniu na studiach). 

Bliska mi osoba napisała do mnie z pytaniem, co u mnie słychać. M proponowała mi kiedyś szpital, sama leczyła się w ośrodku zaburzeń odżywiania. Cieszyła się, gdy mówiłam jej, że przybieram na wadze. A teraz... Szkoda gadać. 

Jestem wściekła na siebie, ale nie zamierzam robić głodówki. Zresztą... Przy pilnującej mnie mamie jest trudno. Cudem udało mi się nie zjeść tej zupy (teraz żałuję).

Wieczorem był grill. Zjadłam trochę ogórka ze śmietaną, kromkę przypieczonego na grillu chleba i małą kiełbaskę. Do tego sok jabłkowy i herbata. 

Nie wiem, czy chcę chudnąć. Na pewno chciałabym utrzymywać wagę. Czuję się zdrowo, mam energię. Dorzucę trochę ćwiczeń i powinno być ok - powinnam pozbyć się tych grubych ud i brzucha. Zawsze szło mi w boczki i właśnie w uda. Dzisiaj tylko rozciąganie. Potem szybki prysznic, rozdział książki (męczę ją od kilku dni) i spać.


poniedziałek, 11 lipca 2022

47 Słodko-gorzki smak kontroli

Od kilku dni jestem w domu. Wczoraj odwiedziła mnie moja przyjaciółka i spędziłyśmy razem naprawdę miłe popołudnie. Zamówiłam pizzę, miałyśmy pójść na spacer, ale się rozpadało i ostatecznie przegadałyśmy kilka godzin.

Zrozumiałam, że choćbym nie wiem jak się starała, druga, nawet najbliższa osoba w pełni nigdy nie pojmie, czym są zaburzenia odżywiania - ile niosą ze sobą lęku, samotności, rozpaczy, przygnębienia. Sama powiedziała mi, że ona tego nie rozumie, jednak mnie wspiera i jest gotowa zawsze mnie wysłuchać. To dużo i bardzo to doceniam. 

To dziwne, bo nie byłam w stanie zjeść przy niej więcej niż pół kawałka pizzy. Coś mnie blokowało. Po jej odjeździe jak głupia rzuciłam się na ten kawałek, który został. Czy możecie sobie wyobrazić, jak bardzo to upokarzające? 

Wczoraj przed zaśnięciem czytałam blogi z lat 2013-2015. Zastanawiałam się, czy te dziewczyny nadal walczą (choć może zmieniły front), co dalej się stało z ich życiem. Wczoraj też znalazłam swój dziennik z czasów, gdy miałam 18 lat i ważyłam - teraz mogę powiedzieć, ile na pewno to było - 46-47 kg. Moim wymarzonym celem były 42 kg, tyle, ile ważę obecnie. Powiem Wam, że bardzo współczułam tej dawnej sobie - bardzo niepewnej, nieśmiałej. Bardzo też ją podziwiałam. Potrafiła jeść po 500 kcal, nawet mniej. 

Chciałabym mieć tę kontrolę. To straszne, bo jedna część mnie chce być zdrowa i cieszyć się życiem. Druga część mówi mi jednak - znowu będziesz zapisywać co zjadłaś, ile to ma kalorii i to da Tobie szczęście. 

Której z nich wierzyć?

Zdaję sobie sprawę, że moja waga jest niska. Mimo to, moje ciało nie jest idealne. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ćwiczyłam. 

Jest godzina 10:48. Zjadłam od 6:00 kilka plasterków pomidora. To śmieszne i infantylne, ale cieszę się, że moja mama myśli, że zjadłam pełne śniadanie. Czyżby to był też mój sposób, by wyrwać się spod jej kontroli? 

Idę zrobić sobie kawę (jak cieszy mnie fakt posiadania ekspresu do kawy!). Wiecie, z czego jestem dumna? Wystarcza mi kostka czekolady, nie muszę już (!) zjadać całej tabliczki. Dzisiaj może skuszę się też na jedną kostkę do kawy (z mlekiem, ale bez cukru). 

Czuję na razie pustkę w żołądku. To euforyczne odczucie. 

Bardzo lubię takie maseczki do twarzy. Ta pewnie będzie za duża na moją (mam dość wąska buzię), ale i tak mnie mega cieszy 

Zmieniłam wygląd bloga. Muszę wprowadzić kilka małych korekt, ale na razie cziluję przy kawie

Chciałabym mieć znowu tę cholerną kontrolę.

Edit: zjadłam zupę pomidorową z makaronem i kawałek zapiekanki, która została od wczoraj

Skusiłam się na kostkę czekolady (niestety)

Znalazłam blog pewnej dziewczyny, od którego zaczęła się moja "przygoda" ze światem motylków http://wierzezesieuda.blogspot.com/ już od dawna nieaktywny, ale różne emocje na nowo do mnie powróciły... Chciałabym wierzyć, że przynajmniej jej się udało z tego wyjść i dlatego już nie odpisuje na komentarze. 

Chciałabym wierzyć, że z Merr jest podobnie - że nie zagląda na bloga, bo chce odciąć się od tego syfu. A czy ja też tego chciałam wtedy, gdy tak szumnie ogłaszałam, że koniec z niejedzeniem i niszczeniem swojego zdrowia? Powinnam była wtedy odejść. Usunąć bloga. Coś mnie tu jednak trzyma. Boję się, że tym razem na opamiętanie się będzie już za późno. 

....więc wyjdź stąd i nigdy nie wracaj... 






piątek, 1 października 2021

26 Binge watching & food

 Od wczoraj jestem w domu s a m a - moi Rodzice wraz z Siostrą pojechali do Karpacza, a ja zostałam razem z pieskiem. Nie narzekam - wstaję prawie, o której chcę (muszę wyprowadzić w miarę wcześnie psa), jem, co chcę i robię to, na co akurat mam ochotę. 

A ochotę mam na seriale. Jeden serial to staroć - Detektyw Monk, a drugi - nowość - Skazana. Oglądam więc Monka (zaczęłam dzisiaj) i jestem na siódmym albo ósmym odcinku. Odcinki trwają po około 45 minut. Dzisiaj piekłam ciasteczka dla subskrybentów Ł i dla samego Ł. Oczywiście, Ł jak to Ł, domyślił się, zanim Mu powiedziałam, że część ciasteczek zabiorę ze sobą do Krakowa. Byłam też przed południem w sklepach odzieżowych, ale nie było tam nic ciekawego. Szukałam ciepłych rajstop i również ciepłych skarpetek. Pustki. Nic. Zero. Za to Mama obiecała mi, że gdy tylko trafią na jakieś wełniane skarpetki, to mi je kupią. Jestem strasznym zmarzluchem, ale o tym już tu chyba wspominałam...

Teraz, wieczorem, byłam na poczcie i wyczekałam się w kolejce, żeby nadać paczki z ciasteczkami. Podlewałam w ogrodzie kwiaty, a za chwilę idę na spacer z psem. 

Mój obiad - makaron z sosem warzywnym (przede wszystkim - paprykowym)

Krakersy (na drugie śniadanie) z hummusem, żółtym serem i pieprzem

Płatki czekoladowe na śniadanie i prawdziwy sok jabłkowy (wyciskany z jabłek). Wypiłam go dzisiaj ze 3 kubki

środa, 29 września 2021

25 Po wizycie u psychiatry

 Byłam dzisiaj na tej wizycie u psychiatry. Czekałam od 10:00 do 12:00 aż Pani Doktor w ogóle przyjdzie do gabinetu... Dawno tak się nie wynudziłam (musiałam oszczędzać baterię w telefonie, bo go nie naładowałam), a gdy już weszłam do gabinetu... Wizyta trwała może 10 minut. Pani Doktor nie dała mi dojść do słowa. Zasugerowała mi tylko jakieś antydepresanty i stwierdziła, że skoro będę studiowała w Krakowie, to tam mam sobie poszukać terapeuty. I koniec. A wcześniej byłam u pielęgniarki, która miała zmierzyć mi temperaturę i ciśnienie. To był hit. Podałam jej wzrost i wagę, a ona: "nie wygląda Pani na prawie 42 kg, ale może dlatego, że Pani taka naubierana". Gdy zakładała mi tę opaskę od aparatu mierzącego ciśnienie, powiedziała: "jaką ma Pani chudą rękę!". Nie odezwałam się, bo mnie to zszokowało. Czy ona nie rozumiała, że takie teksty są niedopuszczalne? Nie mówię tylko o moim przypadku, ale i o innych - komuś, kto ma jakiś epizod depresyjny i ma ED, może naprawdę zrobić to krzywdę. 

W skrócie - mam teleporadę za miesiąc. Moja Mama uważa, że pewnie ta Pani Doktor musi się doedukować w temacie zaburzeń odżywiania, bo na tej wizycie nie uzyskałam żadnych konkretnych (i pomocnych) informacji. Tak sobie gorzko myślę, że gdybym przyszła tam, ważąc 35 kg, Pani Doktor by mi pomogła, kierując mnie na oddział, ale skoro ważę niecałe 42 - nie ma się czym martwić, przecież tak szybko nie zeszczupleję i jakakolwiek pomoc, wskazówka czy rada, co zrobić jest... niepotrzebna. Ja wiem, to tylko psychiatra, ale liczyłam na coś bardziej konkretnego, choćby na podpowiedzenie mi, dlaczego czasami jem w miarę normalnie, a czasami prawie nic.


wtorek, 28 września 2021

24 Stres i prośba o polecenie ciekawych książek :)

 Dzień dobry, Wam!

Wczoraj wieczorem wróciłam z Krakowa. Ogółem, było dużo stresu - najpierw jakiś dziwny Pan zaczepiał mnie w pociągu - (czy czuje się Pani bezpiecznie w tej maseczce?) i potem wypytywał, dokąd jadę (zignorowałam Go zupełnie), a później, w poniedziałek, gdy miałam zgłosić się z dokumentami do wpisu na studia, płakałam Ł, że na pewno będą pytali mnie o niestworzone rzeczy, ja się zestresuję i ucieknę... Ł pojechał ze mną, pokazał mi, którym tramwajem najlepiej dojechać i potem przeszliśmy razem całą drogę na wydział. Starałam się jak najwięcej zapamiętać, ale Kraków jako miasto mnie lekko przytłacza. Na miejscu okazało się, że wcale nie jest tak strasznie jak zakładałam - chcieli ode mnie dokumenty, a ja później z tej całej ulgi aż zabrałam im długopis, który zaraz potem im odniosłam... :)

Ł wziął na poniedziałek wolne w pracy, ale już niedzielę wieczór spędziliśmy razem. Byliśmy w azjatyckiej restauracji na pysznych pierożkach (Ł jadł coś innego) i potem mieliśmy wpaść jeszcze do Wedla na czekoladę, ale było już za późno. 

Co do jedzenia jeszcze  - chyba skurczył mi się żołądek, bo w poniedziałek po podwójnej kanapce z żółtym serem (i około pół godzinie) trudno mi było zjeść jeszcze drożdżówkę z serem. Sama widzę, że jem na siłę. Muszę dostarczać organizmowi odpowiednią ilość kalorii, tak więc wczoraj przełamałam swój fearfood i kupiłam od miłego Pana w pociągu batonika w czekoladzie, a dzisiaj zaraz będę zajadała coś od Wawelu, co wygląda jak malutkie delicje i nazywa się Królewskie Mleczko. 

Muszę upiec dzisiaj chlebek bananowy i nie zamartwiać się za bardzo tym, że nie mam możliwości rejestracji na niektóre przedmioty (bo limit miejsc, bo niektórych przedmiotów nie widzę w USOSIE, mimo że inne osoby mogły się na nie rejestrować). Na szczęście jakaś dziewczyna ode mnie z kierunku ma się tym zająć i ma napisać do kogoś odpowiedzialnego za ten cały bałagan uczelniany. A ja nie lubię takich sytuacji - zawsze mnie to stresuje (ile razy w tym poście użyłam już tego czasownika...?) i wywołuje niepokój. Dowiedziałam się też, że nie wszystkie zajęcia będę miała na wydziale - jeden przedmiot będzie wykładany gdzieś indziej, a ja już boję się, że tam nie trafię... 

Tak, to królik beztrosko kicający po restauracji, w której jedliśmy. Przepraszam za słabą jakość, ale musiałam przybliżyć mocno, no i był już wieczór...
A to pierożki! Z jakimś sosem, który do końca mi nie smakował (był za słodki)

A to zdjęcie z kładki, którą szliśmy na Kazimierz (muszę poznać bliżej tę dzielnicę, bo mnie urzekła!)

Lecę poodwiedzać Wasze blogi i poczytać, co u Was. Potem ściągnę na czytnik (nie do końca legalnie, ale ciii) jakieś nowe książki i zabiorę się za ten chlebek bananowy.

Chlebek upiekłam. Nie wyszedł mi tak ładny, jak zazwyczaj, trudno. Przeglądam oferty pracy dorywczej. Na razie nie znam swojego planu zajęć (przez ten brak możliwości rejestracji), dlatego patrzę pod kątem - spodobałoby mi się/nie spodobało. Nigdy wcześniej nie pracowałam... To znaczy - opiekowałam się synem właścicielki mieszkania, w którym wynajmowałam pokój w Poznaniu. Ten chłopiec miał 5 lat i moja opieka polegała przede wszystkim na pilnowaniu, żeby przypadkiem nie zrobił sobie krzywdy... Dostawałam za to śmieszne pieniądze, ale wystarczały na jakiś wypad do kina czy na kawę. Teraz jednak chciałabym (przynajmniej częściowo) uniezależnić się od wsparcia finansowego Rodziców. Ł, oczywiście, mówi, że to zupełnie niepotrzebne, bo sam mi pomoże, ale sama czuję, że dobrze byłoby mieć jakieś własne pieniądze, które mogłabym wydać na to, na co tylko bym chciała. Co prawda, na moje konto co miesiąc spływają odsetki z pewnej inwestycji, którą zrobiła moja Mama na moje nazwisko (i za moją zgodą), ale jest to jedynie trochę ponad 100 zł, więc... Wiadomo, za to się nie utrzymam. Dostaję też kieszonkowe od Taty i czasami coś od Babci albo od Cioci, gdy mam imieniny lub urodziny, lecz nie są to duże kwoty. 

Jutro jadę do psychiatry na 10:00. Nadal jestem spokojna. Dostałam też list od Przyjaciółki, który bardzo mnie ucieszył i uspokoił. Jadłam smaczną kolację - chlebek z piekarnika, lekko podpieczony z masłem i powidłami jabłkowymi własnej roboty. Książek, rzecz jasna, nie pobrałam. Nie chciało mi się, ale na pięciogodzinną podróż do Krakowa muszę pobrać chociaż dwie powieści (dość szybko czytam). Może Wy polecicie mi jakieś ciekawe książki? Nie przepadam za erotyką i fantastyką. 


sobota, 25 września 2021

23 40,7

Tak, to moja waga. Zważyłam się dzisiaj wieczorem po kolacji. Moja koleżanka, która ma za sobą dwie hospitalizacje z powodu anoreksji, mówi mi, że terapeuta może odmówić mi terapii, bo mam za niską wagę. Po cichu liczę na to, że ten spadek wynika ze stresu - najpierw stresowałam się tym, czy się gdziekolwiek dostanę, a teraz stresuję się nową uczelnią, ludźmi i zajęciami. 
Nie cieszę się ani trochę. Jestem zaniepokojona. Jutro jadę do Krakowa, żeby w poniedziałek na spokojnie złożyć papiery na studia. Ł obiecał, że będzie pilnował, żebym dużo jadła. Mam suchą twarz i usta. Gdy siedzę lekko zgarbiona, wystaje mi cały kręgosłup. Nie chcę iść do szpitala, nie chcę tam spędzić 3 miesięcy (bo tyle trwa terapia), nie mogę rzucić studiów. 
Boję się.

czwartek, 23 września 2021

22 O moim nowym życiu

 Zdaję sobie sprawę, że tytuł niekoniecznie zachęca do dalszej lektury tego wpisu. Ten blog nie jest już blogiem pro-ana. Jestem w trakcie zmiany swojego myślenia o jedzeniu. Już nie: "co mnie żywi, niszczy mnie", ale: "co mnie żywi, pomaga mi". Wspominałam kilka postów temu, że nie liczę kalorii, nie ważę się, a miarkę odłożyłam w najciemniejszy kąt szuflady. 

Co zjadłam dzisiaj?

Śniadanie:

kromka chleba z masłem i twarożkiem

herbata

II śniadanie:

2 łyżeczki masła orzechowego

kromka chleba z masłem i masłem orzechowym (tak, dziwne połączenie, ale dla mnie jedyne właściwie)

pół figi

Obiad:

miseczka zupy warzywnej

5 ruskich pierogów

Kolacja:

garść malin

kromka chleba z masłem i plasterkiem żółtego sera

Dzisiejszy dzień był ważny pod względem mojej dalszej edukacji. Dzisiaj złożyłam  resztę dokumentów na dziennikarstwo do Krakowa i dostałam się. Jutro będą wyniki dotyczące kierunku, na którym bardziej mi zależy niż na dziennikarstwie. Na razie nie chcę nic mówić, żeby nie zapeszyć, ale liczę, że będzie dobrze. 

Wczoraj byłam u fotografa, bo potrzebowałam zdjęcia do dokumentów. Nie wiem, co on zrobił z moją twarzą, ale wyglądam jakbym miesiąc spędziła w jakimś ciepłym kraju. Przyjaciółka, która zajmuje się fotografią, powiedziała, że to wina lampy i że fotograf później nie usunął jej efektów w programie. Trudno mi się odnieść, bo nie widziałam, co dokładnie robi ten fotograf. Dostałam gotowe już zdjęcia, ale ponieważ spieszyłam się, odpuściłam jakąkolwiek wymianę zdań z tym Panem. 

Chciałabym wrócić jeszcze do tematu studiów - wczoraj przeprowadziłam ważną rozmowę z moim Tatą. Tata nie lubi/nie akceptuje Ł i był lekko podenerwowany faktem, że zamierzam studiować w Krakowie. Liczył na Poznań, szczerze przyznał się do tego. Odparłam Mu spokojnie, ale stanowczo, że w Krakowie jest interesujący mnie kierunek i, owszem, bliskość Ł też miała znaczenie przy wyborze miejsca magisterki. Chyba pierwszy raz w życiu tak mocno wyraziłam swoje zdanie. 

W niedzielę najprawdopodobniej pojadę do Krakowa i zostanę tam do poniedziałku włącznie, może do wtorku. W środę mam wizytę u psychiatry. Na razie się jej nie obawiam, mniej-więcej wiem, o czym chcę porozmawiać. 

I najważniejsza kwestia - dziękuję Wam. Nie spodziewałam się takiej pozytywnej reakcji. Byłam raczej przygotowana na ostracyzm, a tu... Dziękuję. To ważne dla mnie. 



niedziela, 19 września 2021

20 Czy jestem chora?


(Zdjęcie nóg mojej Siostry - ma Ona jakieś 158 cm wzrostu i waży ok 45-46 kg. Po prawej-moje nogi. Nie mam laptopa przy sobie, ale może później spróbuję przenieść to zdjęcie niżej)


Dobry wieczór! Nie było mnie tu kilka dni (nie pisałam), ale czytałam Wasze blogi. Co u mnie? Dużo zmian. 

1. Powiedziałam Mamie, że nie mam zdrowej relacji z jedzeniem

2. Jestem zapisana na wizytę u psychiatry

3. Nie liczę kalorii (w znaczeniu - nie zapisuję ich w żadnej aplikacji ani w zeszycie)

Wizyta jest dopiero 29. Wcześniej nie można było. Nie boję się tego spotkania. Raczej nikt nie wsadzi mnie do szpitala psychiatrycznego, moja waga nie zagraża mojemu życiu. Mama zmusiła mnie do zważenia się przy Niej (w dżinsach i koszulce od piżamy) kilka dni temu i waga pokazała 41,6. Oczywiście, nadal uważam, że to za dużo, ale chyba dojrzałam do tego, żeby powiedzieć sobie: "nie masz zdrowej, normalnej relacji z jedzeniem - znowu zaczynasz przeliczać każdy kęs na kalorie, panikujesz, gdy widzisz kawałek ciasta i najchętniej nie jadłabyś przy żadnej osobie". Tak, wychodziłam z talerzem do innego pokoju, gdy musiałam zjeść obiad. Tak, liczyłam (i nadal liczę) kalorie w myślach, gdy cokolwiek jem. Tak, dostaję prawie mdłości, gdy widzę ciasto/ciastka/słodycze. Ostatnio byłam w Rossmannie i wzięłam do ręki jakiś batonik Raw. Pomyślałam o tym, jak rozpływa się na moim języku i... Odłożyłam na półkę. Tyle tłuszczu i cukru? Chyba oszalałaś! 

Zdałam też sobie sprawę z tego, że gdy tylko schudnę do tych swoich wymarzonych 39 kg, będę chciała jeszcze zrzucić kilogram... A potem następny... A potem nie zapanuję nad tym i albo obudzę się w szpitalu, albo już tego szczęścia nie zaznam. 

Gdybym mieszkała sama, gdyby nie było w domu Mamy i Taty przez jakiś tydzień, prawdopodobnie nie jadłabym nic. Zmuszam się do jedzenia, mimo że nie mam na nie ochoty. Mama pilnuje mnie rano ze śniadaniem, ale kilka dni temu nie dałam rady go zjeść i wyrzuciłam. Potem miałam ochotę na kisiel. Ugotowałam go, popatrzyłam na niego i wylądował w zlewie. Nie jadłam wtedy nic aż do popołudnia, do jakiejś 16:00. Dopiero, gdy Mama wróciła z pracy i podgrzała zupę, którą ja ugotowałam przed południem, zjadłam pół talerza. Ktoś kiedyś powiedział, że anoreksja to samobójstwo na raty. Podpisuję się pod tym twierdzeniem. Czy jestem chora? Nie wiem. Nie umiem tego określić.