niedziela, 31 października 2021

32 Jak zwykle

Jak zwykle - przesadziłam z wizualizowaniem sobie tego jak zareaguje moja Mama. Ona jest typem osoby konfrontującej się od razu z każdym problemem, więc gdy tylko weszłam do domu, wyjaśniła mi, o co Jej chodziło. Między nami panują nadal chłodne relacje, chociaż rozmawiamy. Pomogłam przy obiedzie, pozmywałam, zjadłam dwa kawałki ciasta i nie marudziłam, że w zupie pływa niewiadomo co. Mam podobno zabrać do Krakowa bigos z mięsem. Kawałki są na tyle duże, że bez problemu je wyłowię. Wczoraj z Tatą i Siostrą byliśmy u mojej Babci oraz poszliśmy na cmentarze, gdzie leży mój Dziadek (mąż Babci) i inne osoby z mojej rodziny od strony Taty. Babcia zafundowała nam obiad w restauracji, więc skorzystałam z tego i zamówiłam sobie porcję ruskich pierogów (uwielbiam je). Potem pojechaliśmy do Siostry Taty i odwiedziliśmy moich Kuzynów. Zaprosiłam Kuzynkę do Krakowa, o czym jeszcze Jej napisałam później, zatem listopad zapowiada się bogaty w towarzyskie spotkania (moja Przyjaciółka także ma przyjechać do Krakowa, jak tylko poprawi się Jej ze zdrowiem). Siedzę teraz i piszę pracę na studia. Wieczorem jedziemy pozapalać znicze na pobliskich cmentarzach i już cieszę się na tę spacery. Bardzo lubię takie wieczorne wędrówki pośród palących się zniczy, szelestu liści pod stopami i tą jedyną w swoim rodzaju atmosferą... Przemijania? Nie wiem sama, jak mogłabym określić to odczucie. 

Wracam do pisania pracy. Postaram się ją dzisiaj mniej-więcej nakreślić, a poprawiać będę ją jutro. Muszę ją wysłać do wtorku. Mam do przeczytania jakieś dwie książki (jednej nie mogę nigdzie znaleźć w Internecie... Czyżbym musiała założyć konto biblioteczne...?). Na szczęście nie muszę spieszyć się z lekturą - mam na nią około dwa-trzy tygodnie. 

(Mam ogromną ochotę na gorącą czekoladę w Wedlu! Jesień kojarzy mi się właśnie albo z kakao, albo z czekoladą do picia...)

Ważyłam się. 42 kg w ubraniu. Nie schudłam. Myślę, że będę próbowała utrzymywać taką wagę.

czwartek, 28 października 2021

31 Mam 25 lat i boję się

Dzisiaj w planie zajęć mam tylko wykład, na który idę przez piękny park. Sam wykład w zasadzie nie jest bardzo ciekawy - chodzę na niego w zasadzie tylko dla obecności (Wykładowczyni zapowiedziała, że wszystkie prezentacje gdzieś nam udostępni). Jest to też dzień, kiedy mogę dłużej pospać i się polenić. Do domu wracam jutro. Moja Mama jest na mnie zła - według Niej kłamię w kwesti zajęć, chociaż wczoraj wysłałam Jej plan. Uważa, że ten piątek na pewno mam wolny (mam ćwiczenia) i że nie chcę wracać do domu... Rozmowy z Nią od kilku dni wyglądają tak samo: mówi, mówi, mówi i nie pyta mnie ani o zajęcia, ani o jedzenie. A wszystko przez to, że podczas którejś z rozmów zbyt długo(!) zawahałam się, opowiadając o zajęciach na uczelni plus mówię Jej otwarcie, że nie jem tu mięsa, a przecież mięso muszę (!) jeść jako "anorektyczka" - "bo inne produkty nie dostarczają tych składników, które akurat w tym mięsie są". A, no i ostatnio przed tym okresem milczenia telefonicznego, wysłała mi trochę więcej pieniędzy, chyba po to, żeby było mnie stać na to cholerne mięso... Ł w ogóle dziwi się, że Rodzice dają mi tylko 100 zł na tydzień. Dzielimy się zakupami - jednego dnia On kupuje pieczywo, drugiego ja, czasami ja kupię np. kapsułki do prania, a On zabierze mnie na pizzę... Wiadomo - kapsułek do prania nie kupuje się co tydzień, ale bułki już trzeba kupić codziennie. 

Rozglądam się za pracą raczej zdalną niż stacjonarną - mój plan zajęć jest szalony i praca nawet na pół etatu byłaby niemożliwa (półtoragodzinne okienka w środku dnia a zajęcia do 18:00). Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi (formuła tego bloga jest taka a nie inna i płynę tu ze słowami a nie myślę nad perfekcyjną konstrukcją zdania), chyba nawet nieźle piszę i może poszłabym w kierunku pracy zdalnej polegającej na pisaniu właśnie... Nie wiem, na razie tylko gdybam. Wiem, że takie zajęcie sprawiłoby mi i radość, i dało satysfakcję. 

Muszę wstać, umyć włosy, żeby zdążyły mi wyschnąć przed wyjściem i coś zjeść. Wczoraj jadłam bardzo mało - kanapkę rano, potem słodką bułkę i późnym wieczorem trochę tajskiego wege jedzenia, które mi w ogóle nie smakowało (jedzenie było na wynos i z nieznanej nam wcześniej knajpki; nasze ulubione albo nie dowoziły już, albo danie plus dowóz kosztowało ponad 100 zł). A, no i wypiłam kawę z koleżanką w Coscie. Załapałyśmy się na promocję na latte za 6 zł i nawet udało nam się usiąść w środku. 

Do tego ośrodka pomocy studenckiej nie dzwoniłam jeszcze. Nie wiem, czy akurat teraz jest mi potrzebna pomoc. Zważę się w domu, w piątek wieczorem. Albo zważy mnie Mama i urządzi awanturę... Znowu o coś. Na pewno będzie się gniewała z jakiegoś powodu. Wiem to. Piszę to i mam łzy w oczach, bo nie umiem myśleć o sobie jako o dorosłej kobiecie, tylko ciągle mam w sobie strach małej dziewczynki, na którą Mama może nakrzyczeć i nawet uderzyć. Nie umiem wyrwać się z tego schematu. Za każdym razem, gdy mam o czymś ważnym porozmawiać z Mamą, od lat zachowuję się tak samo - zbiera mi się na płacz, trzęsę się, nie umiem patrzeć Jej w oczy i drży mi głos. Mam 25 lat i boję się. 



piątek, 22 października 2021

30 Piątek - odpoczynku początek

Długo zbierałam się za napisanie tego posta. A dzisiaj, ponieważ akurat okazało się, że nie mam zajęć i że uda mi się zostać w Krakowie na weekend, postanowiłam troszkę Wam opowiedzieć, co u mnie słychać.

Studia - oswoiłam się już z dziwnym dla mnie trybem - "te zajęcia tu, te na innej ulicy, a tamte pół kilometra dalej" i udaje mi się dość sprawnie pokonywać odcinki moich tras. Mam już kilka zadań do wykonania na studia i dzisiaj je poprzygotowuję i może kilka nawet ukończę.

Ludzie - ci z kierunku i pokrewnych, z którymi mam wspólny wykład, są całkiem mili. Z jedną koleżanką zakumplowałam się bardziej, ale nie zamykam się na innych.

Jedzenie - dwa dni temu miałam okropny kryzys jedzeniowy, gdy usłyszałam bardzo niemiłe słowa od pani, która chyba sama chciała się dowartościować, obrażając przy tym mnie. Poza tym - jem dość regularnie. Nie liczę kalorii (robi to za mnie Ł i zdarza Mu się zasugerować mi - "dzisiaj było 1000, zjedz coś jeszcze"), nie ważę się, bo nie mam tu na czym, ale raczej (?) nie chudnę, ale i nie tyję. 

Ruch - myślę, że jak na swoje standardy sporo chodzę (przedwczoraj było to 12498 kroków).
Taka piękna jesień w Krakowie 🍁

Rodzice - wydaje mi się, że już w pełni zaakceptowali moje mieszkanie u Ł i z Ł. Mama często dopytuje, co jadłam, a ja wysyłam Jej zdjęcia jedzenia... Trochę to dziecinne, ale wiem, że tylko szczerością mogę sobie pomóc (i pokazać Mamie, że zachowuję się odpowiedzialnie w tej kwestii). 

Terapia/leczenie - i koleżanka, i moja Przyjaciółka zaproponowały mi pewną organizację/instytucję na mojej uczelni, która m.in może pomóc mi w znalezieniu specjalisty. Wystarczy, że napiszę do nich maila i opiszę swoją sytuację. Zamierzam zająć się tą sprawą w najbliższych dniach. 

Pewnie troszkę Was dziwi, że powiedziałam prawie obcej osobie (koleżance) o moim zaburzeniu. Sytuacja wyniknęła bardzo naturalnie. Zaprosiłam koleżankę na kawę (swoją drogą, polecam Kaffebageri Stockholm - piękne wnętrza, przemili bariści i ponoć wspaniałe bułeczki) i właśnie przy składaniu zamówienia koleżanka zdziwiła się, dlaczego biorę tylko kawę, a nie (jak ona) kawę i bułeczkę. Zdecydowałam się powiedzieć jej o anoreksji (?) (Przepraszam, ale dziwnie nadal się czuję, nazywając tę chorobę po imieniu). Kolezanka zaoferowała mi wsparcie psychiczne, ale i wspomniała o tej organizacji/instytucji, o której piszę wyżej. Stwierdziłam, że szczerość przyniesie więcej dobrego niż pokrętne tłumaczenia w stylu - boli mnie żołądek/ząb/etc. 

Powoli wstaję z łóżka i przygotowuję się do tego dnia. Życzę Wam spokojnego, dobrego piątku! I lecę Was poodwiedzać.

Trzymajcie się!

czwartek, 14 października 2021

29 Bzdurki

Coś mnie bierze - pobolewa i drapie mnie gardło, czuję się "rozbita" i prawie nie mam apetytu. Mój czytnik e-booków cudownie się naprawił (nagle wskoczyły wcześniej dodane przeze mnie książki). Przepraszam, ale nie mam teraz głowy do napisania recenzji tej pozycji, o której wspominam od jakiegoś czasu - studia mnie trochę pochłonęły. 

Jem dosyć dużo jak na siebie... Ogólnie. Czasami mam tylko dni, gdy zjadam tylko śniadanie i obiado-kolację, ale do tej pory zdarzyło mi się to jedynie dwa albo trzy razy. 

Czytam Wasze blogi, czasami komentuję - nadrobię je w pociągu jutro, wracając do domu. Będę dzisiaj smażyła naleśniki (będziemy, bo Ł bardzo zapalił się do tego pomysłu). Dzisiaj jadłam płatki na mleku, potem batonika (czekoladowego!), a teraz będą te naleśniki. Może wieczorem zamówimy pizzę. Ł na razie nie może wychodzić z domu, bo jest chory - źle się czuje i możliwe, że coś od Niego podłapałam. 

Dzisiaj też Ł udowadniał mi, że mam "szczupłe" nogi, fotografując mnie. W ogóle dzisiaj po raz pierwszy od niepamiętnych czasów założyłam sukienkę na uczelnię. Podbudowałam tym drobnym aktem "odwagi" swoją pewność siebie (miałam tylko jeden wykład, no ale...). 

Lecę smażyć naleśniki. 

Edit: mam katar, gardło już mnie nie boli. Piję właśnie herbatę z miodem i konfiturą. 

sobota, 9 października 2021

28 Dom

Miałam napisać w poniedziałek, ale na ten dzień zaplanowałam sobie już kilka innych rzeczy do zrobienia, dlatego piszę dzisiaj. 

Mieszkam u Ł i na razie wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że dalej będę tam mieszkała. Moja Mama, jak zwykle, musiała wymyśleć kilka nieprawdopodobnych scenariuszy jak: "a jak się pokłócicie, to co wtedy? Gdzie zamieszkasz?" (Jakby kłótnia miała być powodem do wyprowadzki...), "A jak nagle Ł strzeli coś do głowy i zrobi Ci krzywdę?" (równie dobrze to mnie może strzelić coś do głowy...). Wydaje mi się, że to było tylko takie "pro forma" gadanie. Gorzej byłoby, gdyby dowiedziała się, że śpimy w jednym łóżku...
W tym tygodniu było naprawdę dobrze, poza jedną sytuacją, kiedy nie wiedzieć dlaczego, dostałam prawie ataku histerii, gdy nałożyłam sobie za dużo (w moim mniemaniu) płatków śniadaniowych. Ogólnie jem w miarę dużo - rano śniadanie, potem jakiś obiad i kolację. Niekiedy w międzyczasie coś jeszcze przekąszę na szybko - drożdżówkę, fit batonika etc. W środę ugotowaliśmy z Ł zupę z mnóstwem warzyw i byłam z siebie bardzo dumna, bo smakowała Ł. Wyszedł nam wielki gar (byliśmy też po ten gar w Ikei, bo w mieszkaniu Ł nie ma za dużo sprzętów) i okazuje się, że Ł tę zupę będzie jadł jeszcze jutro (i może w poniedziałek). Ja wyjątkowo nie jadę do Krakowa w niedzielę, tylko w poniedziałek, bo w poniedziałek będę miała zdalnie zajęcia (tylko w ten poniedziałek). 
Wczoraj zjadłam chipsy ovenbaked z mniejszą zawartością tłuszczu, a w poniedziałek lub we wtorek byłam z Ł na gorącej czekoladzie w Wedlu. Przełamałam się. Wiem jednak, że jeszcze dużo czasu minie, nim kupię sobie najzwyklejszą na świecie mleczną czekoladę i ją zjem. 
Gdy zważyłam się dzisiaj po obiedzie, okazało się, że waga pokazuje 43 kg. Nie podoba mi się to. Pewnie jutro rano będzie 42 i trochę, ale to nadal będzie za dużo. U Ł nie mam wagi i czuję się bardzo niepewnie. Gdzieś siedzi we mnie przekonanie(?), że będę dobrze się czuła, ważąc 41 kg... Chore to, wiem. 
Co do jedzenia jeszcze - mojej Mamie nie podoba się, że nie chcę jeść mięsa w domu - "musisz, mięso ma witaminy, trzeba chociaż trochę" - to jest Jej tłumaczenie. Nie, nie muszę. Co z tego jednak, jak na siłę nakłada mi to mięso na talerz, a gdy mówię, że nie zjem, jest prawie że awantura. Gdyby jakiś zaproszony gość powiedział Jej, że on jest wegetarianinem i on mięsa nie je, uszanowałaby to, ale gdy Jej córka mówi, że nie chce, już robi się z tego problem. 


niedziela, 3 października 2021

27 Wyzwania i waga

 Moje studia (i w ogóle pobyt) w Krakowie zapowiadają się ciekawie. Znam już swój plan zajęć, który jeszcze może się trochę zmienić, ale podejrzewam, że zmiany te będą dotyczyły utworzenia kolejnej grupy. Co nowe dla mnie, to to, że będę musiała nieraz biegać między różnymi ulicami, by zdążyć na zajęcia. Będzie to dla mnie spore wyzwanie. 

Kolejnym wyzwaniem okaże się dla mnie mieszkanie z Ł. Rodzice bardzo naciskają, żebym znalazła sobie jakieś mieszkanie/pokój do wynajęcia, ale staram się Ich uświadomić, że za 500 zł to ja mogę wynająć pokój, ale jakieś 50 km od Krakowa. Oni nie rozumieją też, że ja po prostu chcę mieszkać z Ł i nie obchodzi mnie, co pomyśli o mnie bliższa i dalsza rodzina. Ł wczoraj ironizował, że mojej Mamie przeszkadza, że z Nim zamieszkam, ale nie przeszkadzałoby już Jej, gdybym wynajęła sobie pokój w tym samym bloku, w którym On mieszka... I to prawda. Tak by było. Jeżeli moja Mama boi się, że mogę zajść w ciążę, to niech mi o tym powie, ale nie. U mnie w domu nikt nigdy nie rozmawiał ze mną o dojrzewaniu i o seksie. Wszystkiego musiałam dowiadywać się sama. Oczywiście, gdy dostałam pierwszą miesiączkę, Mama wyjaśniła mi oględnie, co i jak, ale to było wszystko. 

Pojadę dzisiaj do Krakowa jakimś pociągiem po 17:00 i w Krakowie będę około 23:00. Mam jedną przesiadkę z Regio na Intercity. Liczę, ze ktoś pomoże mi z walizką, bo jest cholernie ciężka, a ja jeszcze będę miała torebkę i plecak (do czegoś musiałam zapakować zeszyty... Tak, jestem trochę sknerą - wyrwałam kartki z zeszłorocznych zeszytów i tym sposobem mam je prawie nowe :) ). Będę dzisiaj jeszcze piekła jakieś proste ciasto z jabłkami, muszę zebrać pranie, które wisi od wczoraj i sama muszę coś zjeść, bo ostatni swój posiłek jadłam wczoraj.

Zastanawiam się, czy nie schudłam. U Ł nie ma wagi, ale zapowiedział już mi, że jakąś kupi, żeby można było kontrolować, czy chudnę, czy wręcz przeciwnie. Tu w domu może się zważę jeszcze, zobaczę. Co do jedzenia... to same widziałyście, gdy robiłam zdjęcia, ile tego było. Jeśli chodzi o wczoraj, na przykład, zupełnie nie pamiętam, co jadłam... Okłamałam Mamę, że jadłam obiad. Nie jadłam. Chyba jadłam krakersy z hummusem... 

Boję się, że znowu idzie to w złą stronę - znowu nie będę miała czasu, żeby zjeść, znowu będę się stresowała... 

41,6 kg w ubraniu. 

piątek, 1 października 2021

26 Binge watching & food

 Od wczoraj jestem w domu s a m a - moi Rodzice wraz z Siostrą pojechali do Karpacza, a ja zostałam razem z pieskiem. Nie narzekam - wstaję prawie, o której chcę (muszę wyprowadzić w miarę wcześnie psa), jem, co chcę i robię to, na co akurat mam ochotę. 

A ochotę mam na seriale. Jeden serial to staroć - Detektyw Monk, a drugi - nowość - Skazana. Oglądam więc Monka (zaczęłam dzisiaj) i jestem na siódmym albo ósmym odcinku. Odcinki trwają po około 45 minut. Dzisiaj piekłam ciasteczka dla subskrybentów Ł i dla samego Ł. Oczywiście, Ł jak to Ł, domyślił się, zanim Mu powiedziałam, że część ciasteczek zabiorę ze sobą do Krakowa. Byłam też przed południem w sklepach odzieżowych, ale nie było tam nic ciekawego. Szukałam ciepłych rajstop i również ciepłych skarpetek. Pustki. Nic. Zero. Za to Mama obiecała mi, że gdy tylko trafią na jakieś wełniane skarpetki, to mi je kupią. Jestem strasznym zmarzluchem, ale o tym już tu chyba wspominałam...

Teraz, wieczorem, byłam na poczcie i wyczekałam się w kolejce, żeby nadać paczki z ciasteczkami. Podlewałam w ogrodzie kwiaty, a za chwilę idę na spacer z psem. 

Mój obiad - makaron z sosem warzywnym (przede wszystkim - paprykowym)

Krakersy (na drugie śniadanie) z hummusem, żółtym serem i pieprzem

Płatki czekoladowe na śniadanie i prawdziwy sok jabłkowy (wyciskany z jabłek). Wypiłam go dzisiaj ze 3 kubki

środa, 29 września 2021

25 Po wizycie u psychiatry

 Byłam dzisiaj na tej wizycie u psychiatry. Czekałam od 10:00 do 12:00 aż Pani Doktor w ogóle przyjdzie do gabinetu... Dawno tak się nie wynudziłam (musiałam oszczędzać baterię w telefonie, bo go nie naładowałam), a gdy już weszłam do gabinetu... Wizyta trwała może 10 minut. Pani Doktor nie dała mi dojść do słowa. Zasugerowała mi tylko jakieś antydepresanty i stwierdziła, że skoro będę studiowała w Krakowie, to tam mam sobie poszukać terapeuty. I koniec. A wcześniej byłam u pielęgniarki, która miała zmierzyć mi temperaturę i ciśnienie. To był hit. Podałam jej wzrost i wagę, a ona: "nie wygląda Pani na prawie 42 kg, ale może dlatego, że Pani taka naubierana". Gdy zakładała mi tę opaskę od aparatu mierzącego ciśnienie, powiedziała: "jaką ma Pani chudą rękę!". Nie odezwałam się, bo mnie to zszokowało. Czy ona nie rozumiała, że takie teksty są niedopuszczalne? Nie mówię tylko o moim przypadku, ale i o innych - komuś, kto ma jakiś epizod depresyjny i ma ED, może naprawdę zrobić to krzywdę. 

W skrócie - mam teleporadę za miesiąc. Moja Mama uważa, że pewnie ta Pani Doktor musi się doedukować w temacie zaburzeń odżywiania, bo na tej wizycie nie uzyskałam żadnych konkretnych (i pomocnych) informacji. Tak sobie gorzko myślę, że gdybym przyszła tam, ważąc 35 kg, Pani Doktor by mi pomogła, kierując mnie na oddział, ale skoro ważę niecałe 42 - nie ma się czym martwić, przecież tak szybko nie zeszczupleję i jakakolwiek pomoc, wskazówka czy rada, co zrobić jest... niepotrzebna. Ja wiem, to tylko psychiatra, ale liczyłam na coś bardziej konkretnego, choćby na podpowiedzenie mi, dlaczego czasami jem w miarę normalnie, a czasami prawie nic.


wtorek, 28 września 2021

24 Stres i prośba o polecenie ciekawych książek :)

 Dzień dobry, Wam!

Wczoraj wieczorem wróciłam z Krakowa. Ogółem, było dużo stresu - najpierw jakiś dziwny Pan zaczepiał mnie w pociągu - (czy czuje się Pani bezpiecznie w tej maseczce?) i potem wypytywał, dokąd jadę (zignorowałam Go zupełnie), a później, w poniedziałek, gdy miałam zgłosić się z dokumentami do wpisu na studia, płakałam Ł, że na pewno będą pytali mnie o niestworzone rzeczy, ja się zestresuję i ucieknę... Ł pojechał ze mną, pokazał mi, którym tramwajem najlepiej dojechać i potem przeszliśmy razem całą drogę na wydział. Starałam się jak najwięcej zapamiętać, ale Kraków jako miasto mnie lekko przytłacza. Na miejscu okazało się, że wcale nie jest tak strasznie jak zakładałam - chcieli ode mnie dokumenty, a ja później z tej całej ulgi aż zabrałam im długopis, który zaraz potem im odniosłam... :)

Ł wziął na poniedziałek wolne w pracy, ale już niedzielę wieczór spędziliśmy razem. Byliśmy w azjatyckiej restauracji na pysznych pierożkach (Ł jadł coś innego) i potem mieliśmy wpaść jeszcze do Wedla na czekoladę, ale było już za późno. 

Co do jedzenia jeszcze  - chyba skurczył mi się żołądek, bo w poniedziałek po podwójnej kanapce z żółtym serem (i około pół godzinie) trudno mi było zjeść jeszcze drożdżówkę z serem. Sama widzę, że jem na siłę. Muszę dostarczać organizmowi odpowiednią ilość kalorii, tak więc wczoraj przełamałam swój fearfood i kupiłam od miłego Pana w pociągu batonika w czekoladzie, a dzisiaj zaraz będę zajadała coś od Wawelu, co wygląda jak malutkie delicje i nazywa się Królewskie Mleczko. 

Muszę upiec dzisiaj chlebek bananowy i nie zamartwiać się za bardzo tym, że nie mam możliwości rejestracji na niektóre przedmioty (bo limit miejsc, bo niektórych przedmiotów nie widzę w USOSIE, mimo że inne osoby mogły się na nie rejestrować). Na szczęście jakaś dziewczyna ode mnie z kierunku ma się tym zająć i ma napisać do kogoś odpowiedzialnego za ten cały bałagan uczelniany. A ja nie lubię takich sytuacji - zawsze mnie to stresuje (ile razy w tym poście użyłam już tego czasownika...?) i wywołuje niepokój. Dowiedziałam się też, że nie wszystkie zajęcia będę miała na wydziale - jeden przedmiot będzie wykładany gdzieś indziej, a ja już boję się, że tam nie trafię... 

Tak, to królik beztrosko kicający po restauracji, w której jedliśmy. Przepraszam za słabą jakość, ale musiałam przybliżyć mocno, no i był już wieczór...
A to pierożki! Z jakimś sosem, który do końca mi nie smakował (był za słodki)

A to zdjęcie z kładki, którą szliśmy na Kazimierz (muszę poznać bliżej tę dzielnicę, bo mnie urzekła!)

Lecę poodwiedzać Wasze blogi i poczytać, co u Was. Potem ściągnę na czytnik (nie do końca legalnie, ale ciii) jakieś nowe książki i zabiorę się za ten chlebek bananowy.

Chlebek upiekłam. Nie wyszedł mi tak ładny, jak zazwyczaj, trudno. Przeglądam oferty pracy dorywczej. Na razie nie znam swojego planu zajęć (przez ten brak możliwości rejestracji), dlatego patrzę pod kątem - spodobałoby mi się/nie spodobało. Nigdy wcześniej nie pracowałam... To znaczy - opiekowałam się synem właścicielki mieszkania, w którym wynajmowałam pokój w Poznaniu. Ten chłopiec miał 5 lat i moja opieka polegała przede wszystkim na pilnowaniu, żeby przypadkiem nie zrobił sobie krzywdy... Dostawałam za to śmieszne pieniądze, ale wystarczały na jakiś wypad do kina czy na kawę. Teraz jednak chciałabym (przynajmniej częściowo) uniezależnić się od wsparcia finansowego Rodziców. Ł, oczywiście, mówi, że to zupełnie niepotrzebne, bo sam mi pomoże, ale sama czuję, że dobrze byłoby mieć jakieś własne pieniądze, które mogłabym wydać na to, na co tylko bym chciała. Co prawda, na moje konto co miesiąc spływają odsetki z pewnej inwestycji, którą zrobiła moja Mama na moje nazwisko (i za moją zgodą), ale jest to jedynie trochę ponad 100 zł, więc... Wiadomo, za to się nie utrzymam. Dostaję też kieszonkowe od Taty i czasami coś od Babci albo od Cioci, gdy mam imieniny lub urodziny, lecz nie są to duże kwoty. 

Jutro jadę do psychiatry na 10:00. Nadal jestem spokojna. Dostałam też list od Przyjaciółki, który bardzo mnie ucieszył i uspokoił. Jadłam smaczną kolację - chlebek z piekarnika, lekko podpieczony z masłem i powidłami jabłkowymi własnej roboty. Książek, rzecz jasna, nie pobrałam. Nie chciało mi się, ale na pięciogodzinną podróż do Krakowa muszę pobrać chociaż dwie powieści (dość szybko czytam). Może Wy polecicie mi jakieś ciekawe książki? Nie przepadam za erotyką i fantastyką. 


sobota, 25 września 2021

23 40,7

Tak, to moja waga. Zważyłam się dzisiaj wieczorem po kolacji. Moja koleżanka, która ma za sobą dwie hospitalizacje z powodu anoreksji, mówi mi, że terapeuta może odmówić mi terapii, bo mam za niską wagę. Po cichu liczę na to, że ten spadek wynika ze stresu - najpierw stresowałam się tym, czy się gdziekolwiek dostanę, a teraz stresuję się nową uczelnią, ludźmi i zajęciami. 
Nie cieszę się ani trochę. Jestem zaniepokojona. Jutro jadę do Krakowa, żeby w poniedziałek na spokojnie złożyć papiery na studia. Ł obiecał, że będzie pilnował, żebym dużo jadła. Mam suchą twarz i usta. Gdy siedzę lekko zgarbiona, wystaje mi cały kręgosłup. Nie chcę iść do szpitala, nie chcę tam spędzić 3 miesięcy (bo tyle trwa terapia), nie mogę rzucić studiów. 
Boję się.

czwartek, 23 września 2021

22 O moim nowym życiu

 Zdaję sobie sprawę, że tytuł niekoniecznie zachęca do dalszej lektury tego wpisu. Ten blog nie jest już blogiem pro-ana. Jestem w trakcie zmiany swojego myślenia o jedzeniu. Już nie: "co mnie żywi, niszczy mnie", ale: "co mnie żywi, pomaga mi". Wspominałam kilka postów temu, że nie liczę kalorii, nie ważę się, a miarkę odłożyłam w najciemniejszy kąt szuflady. 

Co zjadłam dzisiaj?

Śniadanie:

kromka chleba z masłem i twarożkiem

herbata

II śniadanie:

2 łyżeczki masła orzechowego

kromka chleba z masłem i masłem orzechowym (tak, dziwne połączenie, ale dla mnie jedyne właściwie)

pół figi

Obiad:

miseczka zupy warzywnej

5 ruskich pierogów

Kolacja:

garść malin

kromka chleba z masłem i plasterkiem żółtego sera

Dzisiejszy dzień był ważny pod względem mojej dalszej edukacji. Dzisiaj złożyłam  resztę dokumentów na dziennikarstwo do Krakowa i dostałam się. Jutro będą wyniki dotyczące kierunku, na którym bardziej mi zależy niż na dziennikarstwie. Na razie nie chcę nic mówić, żeby nie zapeszyć, ale liczę, że będzie dobrze. 

Wczoraj byłam u fotografa, bo potrzebowałam zdjęcia do dokumentów. Nie wiem, co on zrobił z moją twarzą, ale wyglądam jakbym miesiąc spędziła w jakimś ciepłym kraju. Przyjaciółka, która zajmuje się fotografią, powiedziała, że to wina lampy i że fotograf później nie usunął jej efektów w programie. Trudno mi się odnieść, bo nie widziałam, co dokładnie robi ten fotograf. Dostałam gotowe już zdjęcia, ale ponieważ spieszyłam się, odpuściłam jakąkolwiek wymianę zdań z tym Panem. 

Chciałabym wrócić jeszcze do tematu studiów - wczoraj przeprowadziłam ważną rozmowę z moim Tatą. Tata nie lubi/nie akceptuje Ł i był lekko podenerwowany faktem, że zamierzam studiować w Krakowie. Liczył na Poznań, szczerze przyznał się do tego. Odparłam Mu spokojnie, ale stanowczo, że w Krakowie jest interesujący mnie kierunek i, owszem, bliskość Ł też miała znaczenie przy wyborze miejsca magisterki. Chyba pierwszy raz w życiu tak mocno wyraziłam swoje zdanie. 

W niedzielę najprawdopodobniej pojadę do Krakowa i zostanę tam do poniedziałku włącznie, może do wtorku. W środę mam wizytę u psychiatry. Na razie się jej nie obawiam, mniej-więcej wiem, o czym chcę porozmawiać. 

I najważniejsza kwestia - dziękuję Wam. Nie spodziewałam się takiej pozytywnej reakcji. Byłam raczej przygotowana na ostracyzm, a tu... Dziękuję. To ważne dla mnie. 



środa, 22 września 2021

21 Chciałabym nadal pisać

Jak już może zdążyłyście zauważyć, zmieniłam nazwę bloga. Z bocznej zakładki zniknęły moje cele wagowe. Nie chcę odchodzić z tego miejsca - chciałabym nadal pisać, dzielić się z Wami moimi wątpliwościami, marzeniami, małymi sukcesami i porażkami. Teraz jednak wektor wartości zmieni się. Nie będzie tu już wypisanych kalorii danych posiłków czy bilansu kroków, jakie przeszłam. Będzie miiło, jeżeli zechcecie towarzyszyć mi (choćby tylko czytając) na tej nowej drodze. Drodze ku mojemu prawdziwemu szczęściu i mojej wolności. 

Chcę być szczęśliwa. Chcę jeść bez poczucia winy. Chcę...

Pojawi się też tu recenzja (to za duże słowo) pewnej książki, która zmieniła moje myślenie o anoreksji. Tamto zdjęcie było jednym z kroków. Książka jest drugim. Wizyta u psychiatry będzie trzecim. 


niedziela, 19 września 2021

20 Czy jestem chora?


(Zdjęcie nóg mojej Siostry - ma Ona jakieś 158 cm wzrostu i waży ok 45-46 kg. Po prawej-moje nogi. Nie mam laptopa przy sobie, ale może później spróbuję przenieść to zdjęcie niżej)


Dobry wieczór! Nie było mnie tu kilka dni (nie pisałam), ale czytałam Wasze blogi. Co u mnie? Dużo zmian. 

1. Powiedziałam Mamie, że nie mam zdrowej relacji z jedzeniem

2. Jestem zapisana na wizytę u psychiatry

3. Nie liczę kalorii (w znaczeniu - nie zapisuję ich w żadnej aplikacji ani w zeszycie)

Wizyta jest dopiero 29. Wcześniej nie można było. Nie boję się tego spotkania. Raczej nikt nie wsadzi mnie do szpitala psychiatrycznego, moja waga nie zagraża mojemu życiu. Mama zmusiła mnie do zważenia się przy Niej (w dżinsach i koszulce od piżamy) kilka dni temu i waga pokazała 41,6. Oczywiście, nadal uważam, że to za dużo, ale chyba dojrzałam do tego, żeby powiedzieć sobie: "nie masz zdrowej, normalnej relacji z jedzeniem - znowu zaczynasz przeliczać każdy kęs na kalorie, panikujesz, gdy widzisz kawałek ciasta i najchętniej nie jadłabyś przy żadnej osobie". Tak, wychodziłam z talerzem do innego pokoju, gdy musiałam zjeść obiad. Tak, liczyłam (i nadal liczę) kalorie w myślach, gdy cokolwiek jem. Tak, dostaję prawie mdłości, gdy widzę ciasto/ciastka/słodycze. Ostatnio byłam w Rossmannie i wzięłam do ręki jakiś batonik Raw. Pomyślałam o tym, jak rozpływa się na moim języku i... Odłożyłam na półkę. Tyle tłuszczu i cukru? Chyba oszalałaś! 

Zdałam też sobie sprawę z tego, że gdy tylko schudnę do tych swoich wymarzonych 39 kg, będę chciała jeszcze zrzucić kilogram... A potem następny... A potem nie zapanuję nad tym i albo obudzę się w szpitalu, albo już tego szczęścia nie zaznam. 

Gdybym mieszkała sama, gdyby nie było w domu Mamy i Taty przez jakiś tydzień, prawdopodobnie nie jadłabym nic. Zmuszam się do jedzenia, mimo że nie mam na nie ochoty. Mama pilnuje mnie rano ze śniadaniem, ale kilka dni temu nie dałam rady go zjeść i wyrzuciłam. Potem miałam ochotę na kisiel. Ugotowałam go, popatrzyłam na niego i wylądował w zlewie. Nie jadłam wtedy nic aż do popołudnia, do jakiejś 16:00. Dopiero, gdy Mama wróciła z pracy i podgrzała zupę, którą ja ugotowałam przed południem, zjadłam pół talerza. Ktoś kiedyś powiedział, że anoreksja to samobójstwo na raty. Podpisuję się pod tym twierdzeniem. Czy jestem chora? Nie wiem. Nie umiem tego określić.