wtorek, 8 lutego 2022

41 Daję znać

Daje znać, że żyję. Sesja trwa - na szczęście nie mam ani jednego egzaminu, tylko same zaliczenia, co w przypadku moich studiów równa się dziesiątkom prac do napisania. Siedzę właśnie nad prezentacją, którą mam złożyć do czwartku lub piątku, nie pamiętam dokładnie. Muszę poszukać nowego promotora, bo mój obecny nie chce zaakceptować tematu mojej magisterki (Baczyński i Atak Tytanów XD). Nazwa jest trochę inna, ale chciałam ogólnie powiedzieć Wam, o czym będę pisała (o ile ktokolwiek zgodzi się zostać promotorem takiej pracy). Przez 4 tygodnie, najprawdopodobniej, będę jeszcze w swoim rodzinnym domu (sesja plus dwa tygodnie zdalnych zajęć) i na razie daję radę, chociaż... Mam problem z jedzeniem. W ogóle nie mam na nie ochoty. Zmuszam się, żeby cokolwiek zjeść. Poza tym, próbuję ukorzenić liście monstery. Jadę też zaraz odebrać wcierkę na porost włosów, bo tabletki już łykam, a chcę doprowadzić te swoje nieszczęsne włosy do akceptowalnego stanu (chcę je zapuścić i odrobinę pogrubić). Zobaczymy... 
Postaram się odzywać teraz częściej. 
.
W zeszłym tygodniu byłam u dentysty z zębem, który poprzednia dentystka zakwalifikowała do leczenia kanałowego. Po zrobieniu zdjęcia, okazało się że tego zęba nie da się leczyć kanałowo. Opcje są dwie: 1. most 2. Wyrwanie zęba i wstawienie implantu. Przyznam Wam się, że obie mnie przeraziły. Obie wiążą się z ekstrakcją zęba i opiłowaniem zdrowych zębów. Stwierdziłam, że na razie daruję sobie mosty i implanty i zostawiam ten ząb taki, jaki jest. Co kilka miesięcy będę musiała chodzić na wypełnienie go, ale wolę to niż ingerencję w zdrowe zęby. Poza tym, gdy usłyszałam, ile taki implant lub korona kosztują... Prawie zemdlałam z wrażenia. Około 5 tysięcy. 
.
Wcierkę odebrałam, ale na razie muszę wypsikać tę, którą jeszcze mam. Zrobiłam kilka slajdów do mojej prezentacji, zjadłam obiad, potem pączka i domową bułkę z makiem, a teraz chilluję w łóżku z telefonem. Kolacji już nie będę jadła. Na wadze 42,3 kg (a ja myślałam, że ważę ponad 43...). Walczą we mnie dwie osoby - jedna - anorektyczka, która chciałaby znowu zobaczyć 40 kg na wadze i druga - racjonalistka, która doskonale wie, że to nie prowadzi do niczego dobrego. 
Muszę podładować telefon. Za chwilę pójdę się umyć, poczytam książkę - "Krawcowa z Madrytu" (ciekawa!) i pójdę spać.

wtorek, 28 grudnia 2021

40 Koniec grudnia

Nie wiem, na jak długo powrócę i czy w ogóle powrócę tutaj. Poczytałam Wasze blogi. Przepraszam, że nie komentowałam Waszych wpisów - postaram się to wkrótce nadrobić.

Nie wiem, co mogę napisać w tej notce. Żyję. Tyję (42-43 kg). Przeżyłam święta. Siedzę teraz w domu. Na Sylwestra jadę do Krakowa do Ł. Relacja z Ł jest stabilna - pomijając krótki czas, gdy zobojętniałam na Niego i ogólnie, na wszystko i wszystkich. Nie wiem, czy potrafię funkcjonować stabilnie - spokój mnie przeraża. Boję się zawsze, że to taka cisza przed burzą. Że zaraz nadciągnie jakiś sztorm (na uczelni, w rodzinie, w przyjaźni, w relacji z Ł, z moim zdrowiem). 

Muszę odciąć się na pewien czas od mediów społecznościowych - źle robią mi na głowę. Porównuję się z innymi, zaczynam komuś zazdrościć, dołować się. 

Muszę zrobić zadania na studia, przeczytać książkę... Muszę odnaleźć w sobie radość z drobnych rzeczy. Muszę wyrobić w sobie nawyk wczesnego wstawania (i spacerów porannych?). Muszę coś zmienić w swojej rutynie. Muszę więcej eksperymentować w kuchni (dopóki mam tę możliwość), mniej korzystać z telefonu... ZAPISAĆ SIĘ WRESZCIE NA TERAPIĘ! Czytałam na Waszych blogach, że zamierzacie opublikować plany na nowy, 2022 rok. Może mnie do czegoś zainspirują (Wy do czegoś mnie zainspirujecie). 

Trzymajcie się! Ściskam Was! 

piątek, 3 grudnia 2021

39 Grudzień

Miałam tu napisać już kilka dni temu. Tak naprawdę nie wiem, od czego zacząć - ostatnio czuję się bardzo źle - przede wszystkim psychicznie. Dużo płaczę. Na studiach jeszcze jest ok - ale już boję się sesji. W przyszłym tygodniu mam prezentację na zajęciach i już trzęsę się ze strachu, że będę musiała mówić coś przed dwunastoma osobami... (Tyle liczy moja grupa). W przyszłym tygodniu też przyjeżdża tu koleżanka Ł, Białorusinka, która nie mówi po polsku i będzie z nami mieszkała przez 10 dni - chodzi o to, że musi odbyć jakby kwarantannę, zanim pojedzie na studia do Włoch. Muszę dopytać Ł jak to dokładnie działa. Podczas jej pobytu tutaj będę zmuszona przełamać się i przynajmniej próbować rozmawiać z nią po angielsku - a nie idzie mi to dobrze. Mam lektorat z angielskiego i sama widzę, że o ile ze słuchaniem jeszcze jakoś sobie radzę (rozumiem większość), to z mówieniem mam okropny problem. Oczywiście, będzie Ł, który naprawdę dobrze rozmawia po angielsku, ale niekiedy jest tak, że moje zajęcia zaczynają się np. o 13:00, a On wychodzi o 7:00 do pracy, więc siłą rzeczy będę musiała porozmawiać z tą dziewczyną... 

W zeszłym tygodniu przez weekend była w Krakowie moja kuzynka, z którą spędziłam cudowne dwa dni. Powiedziałam jej o moim zaburzeniu. Czuję, że mam wsparcie u niej.

Wczoraj byłam u lekarza, bo kilka dni temu podczas mycia wyczułam w piersi zgrubienie (jakby bolącą kulkę). Zapłaciłam 170 zł za wizytę trwającą 5 minut, na której pan doktor wypisał mi skierowanie na USG, za które musiałam zapłacić kolejne 160 zł. To USG mam w przyszłym tygodniu. 

Nadal nie dzwoniłam, żeby umówić się na psychoterapię. Czuję się zniechęcona - co mi da, że opowiem komuś, jak to trudno mi było kiedyś w relacjach z Mamą, jak to doświadczałam czegoś na kształt przemocy psychicznej i z Jej strony, i w gimnazjum... Ja wiem, że niejedząc, buduję (w) sobie tarczę ochronną - mam wtedy kontrolę nad swoim życiem, przynajmniej w tym aspekcie. Czuję się lepiej, ograniczając kalorie i produkty. Czuję się lepiej, gdy nie tyję. Przeraża mnie świadomość, że nie wiem, ile ważę i boję się, że przytyłam. Chyba nie chcę z tego wychodzić. Chcę wrócić do tych swoich restrykcji i ćwiczeń. Co mi da, że pójdę na psychoterapię, jeżeli ja świadomie i podświadomie nie mam ochoty na zmiany? Po co robić coś wbrew sobie? 

Mam za dwie godziny zajęcia, na które powinnam poczytać. Muszę się spakować, bo wracam do domu. Wczoraj dostałam od Ł łańcuszek na szyję z zegarkiem, który można zamknąć. Cieszyłam się jak dziecko. Teraz myślę, że chyba mu to oddam. Po co mi ładne rzeczy, jeżeli one przywołują dobre emocje, a ja ich nie chcę doświadczać? 

Mam małą obsesję. Wyobrażam sobie niewielki pokój bez okien. I siebie w nim. Chciałabym, żeby istniało takie miejsce - gdzie mogłabym spokojnie umrzeć. Zagłodzić się. 

Edit: potraktujcie to, proszę (szczególnie ostatni akapit), jako "artystyczną próbę" wyrażenia tego, co bardzo często przewija się w moim umyśle... Na chwilę obecną leżę i "umieram" przez okres. Pierwszy dzień bardzo często jest paskudny. Trzymajcie się!

wtorek, 23 listopada 2021

38 Po wizycie u psychologa

Dobry wieczór!
Wczoraj miałam wizytę u pani psycholog w SOWIE - Studenckim Ośrodku Wsparcia i Adaptacji, który działa "przy" mojej uczelni. Ogarnęłam wcześniej tramwaje (w zasadzie - jeden tramwaj) i pojechałam... Co mogę powiedzieć po tym spotkaniu? 
1. Moje zaburzenia odżywiania nie mają jednej przyczyny
2. Te przyczyny, które są pewnym "zapalnikiem" dla aktywowania się mechanizmów niejedzeniowych (w moim przypadku), są bardziej złożone niż tylko zła relacja z Mamą
3. Brak mi dystansu wobec Mamy - często Ją usprawiedliwiam i za bardzo przejmuję się Jej emocjami, spychając i spłycając przy tym własne

Pani psycholog poleciła mi kilka miejsc, gdzie mogę się umówić na psychoterapię i poza tym zaproponowała mi jeszcze jedno spotkanie - w grudniu. Ogólnie była pozytywnie zaskoczona moim podejściem - tym, że chcę próbować wyzdrowieć i tym, że zauważam problem, mimo że czasami (gdy przeżywam negatywne emocje, gdy coś nie idzie po mojej myśli, gdy spotykają mnie trudne wydarzenia czy gdy doświadczam przewlekłego stresu) zdaję się nie dostrzegać powagi problemu, a wręcz jeszcze bardziej wchodzić w zaburzenia - restrykcyjnie kontrolować co jem, kiedy jem i jak jem. 

Dzisiaj miałam bardzo spokojny dzień - odwołali mi zajęcia na uczelni, dlatego wyspałam się, zjadłam leniwe śniadanie, pojechałam do biblioteki po książkę, wypiłam spokojnie kawę, przygotowałam obiad dla Ł (oraz dla siebie) i zaczęłam ogarniać uczelniane rzeczy. Jutro będę miała strasznie zabiegany dzień, dlatego bardzo doceniam ten, kończący się już, który pozwolił mi naładować baterie.

Idę chillować przy jazzie i kończyć książkę (lekturę na jutrzejsze zajęcia).


piątek, 19 listopada 2021

37 Sprawy i sprawki

Dopiero kilka dni minęło od mojego poprzedniego wpisu, a już mam o czym opowiadać. Dwa dni temu odkryłyśmy z koleżanką kawiarnię, w której miło spędziłyśmy czas. Co prawda jest niewielka, ale na swój sposób przytulna. Mamy już taką naszą małą tradycję, że w środy chodzimy wspólnie na kawę. Przyznam, że nie jestem jeszcze do tego przyzwyczajona - w Poznaniu żadna z moich koleżanek nie przepadała za kawą i gdy już się gdzieś spotykałyśmy, to na jedzeniu typu naleśniki czy desery. Na przykładzie moich wcześniejszych zachowań (?) widzę, że bardzo nasiliło się u mnie myślenie - "nie pójdę tam, bo będą inni ludzie, którzy będą patrzyli jak jem". Trudno to wyrugować z umysłu. Z kawą czy innymi napojami jakoś sobie radzę w tym aspekcie - oczywiście, gdybym poszła zupełnie sama do kawiarni, na pewno (?) by się pojawiło... Nie, nie mogę zakładać z góry czegoś, co do czego nie jestem stuprocentowo przekonana. 

Wczoraj miałam mieć wykład, ale prowadząca odwołała go (tego samego dnia, dwie godziny przed). Nareszcie dotarł do mnie długo wyczekiwany List od Przyjaciółki i kurier z sukienką (moim prezentem dla samej siebie na Gwiazdkę; kuriera nie spodziewałam się tak szybko). Byłam na ryneczku warzywnym, gdzie kupiłam warzywa do tostów (i do pochrupania), a wracając, odebrałam spodnie z paczkomatu (pasują bez paska!). Co do sukienki - gdy ją rozpakowałam, pomyślałam: "jak dla dorastającej dziewczynki! Przecież ja w nią nie wejdę! Jaki w ogóle rozmiar kupiłam!". Cóż... Jest dobra. Ma nawet trochę luzu w okolicach pasa (ale ma pasek, więc sobie z tym poradzę). 

Później przeglądałam oferty pracy zdalnej, obejrzałam dwa odcinki "Monka" i zadzwoniłam w sprawie dyplomu do Poznania. To jest hit. "We wrześniu się Pani broniła? Zaraz sprawdzę... Nie, ale proszę dzwonić... Nie wiem, kiedy wydadzą, przez Covida wszystko się opóźnia...". W przyszłym tygodniu znowu tam zadzwonię... 

W zeszłym tygodniu mieliśmy spotkać się (ja i Ł) z naszą wspólną koleżanką (Ł zna ją dłużej niż ja), ale nie udało się. Napisałam do niej wczoraj i siedzę jak na szpilkach (na ten weekend muszę wrócić do domu i zabrać parę rzeczy na przyjazd mojej Kuzynki), kiedy mi odpisze i co... Będzie bardzo niefajnie, gdy odezwie się w momencie, kiedy ja będę już w pociągu i jeżeli napisze mi, że w ten weekend mogłaby się spotkać. Oczywiście, mogę wrócić wcześniej do Krakowa (w niedzielę około południa), więc... Czym ja się martwię? 

W poniedziałek idę na spotkanie z psychologiem. Myślę, że powinnam zważyć się w domu (podejrzewam, że zostanę zapytana o wagę, skoro zgłaszam się z powodu zaburzeń odżywiania). Jestem nastawiona pozytywnie. 

Idę teraz się umyć i ubrać (tak, leżę w łóżku!), coś zjeść i spróbuję nie spóźnić się na zajęcia o 11:30.

Miejcie dobry dzień!


wtorek, 16 listopada 2021

36 Dzień w rytmie slow

Wczoraj wróciłam do Krakowa i od razu z pociągu musiałam iść na zajęcia. Musiałam wstać już o 5 rano, ale w ogóle nie mogłam zasnąć - spałam może 1,5 godziny. Potem szybkie śniadanie w domu i podróż autem z Tatą do Łodzi, gdzie wsiadłam do pociągu (zazwyczaj jeżdżę z mojego miasteczka, ale w poniedziałki rano nie ma pociągów do Krakowa...) i tam, po uprzejmej wymianie zdań z dziewczyną, która miała taki sam numer miejsca jak ja na bilecie, okazało się, że kupiłam bilet na wcześniejszy dzień. Konduktor był bardzo miły i nie musiałam niczego dopłacać (nowy bilet musiałam kupić); powiedział mi jeszcze jak złożyć reklamację (?) na stronie Intercity, żeby odzyskać pieniądze za niewykorzystany bilet. Dzisiaj muszę to zrobić plus złożę zażalenie (jakieś 2 tygodnie temu kupiłam bilet na 1 klasę, ale cały skład był złożony z wagonów drugoklasowych; jak dla mnie różnica jest spora, bo w drugiej klasie mam zniżkę studencką).
 
Dzisiaj po zajęciach pospacerowałam po rynku, zjadłam makaron z sosem i szarpnęłam się na czekoladę z Wedla na wynos (18 zł za niezbyt duży kubek). Porobiłam kilka zdjęć (telefonem) i wrzucę tu zaraz jakieś - lubię fotografować, choć to nic specjalnego; robię to hobbystycznie. Muszę zadzwonić (ale nie dzisiaj, spróbuję w czwartek) na mój dawny wydział i dowiedzieć się, co z moim dyplomem (od obrony licencjatu minęły już dwa miesiące) i kiedy ewentualnie będę mogła po niego pojechać. Te eskapadę połączę ze spotkaniem z moim promotorem, któremu podaruję coś typu kawa i słodycze. 

W ogóle czekam na list od Przyjaciółki - codziennie sprawdzam skrzynkę i wkurzam się na pocztę - list został wysłany w zeszły czwartek... 

Dzisiaj nie zdążyłam zjeść śniadania, tak więc mój "bilans" prezentuje się następująco:
-makaron penne ze szpinakiem i z sosem śmietanowo-czosnkowym
- mała czekolada do picia z Wedla

Na obiado-kolację zjem pewnie jakiś ryż z warzywami. Zupę ugotuję jutro, dzisiaj nie mam siły... Chcę zrobić sobie mały prezent gwiazdkowy i kupić sukienkę. Dzisiaj specjalnie też szłam do wpłatomatu, bo miałam gotówkę (stricte na to przeznaczoną przy sobie). Tata przelał mi trochę kasy, ale głównie ze względu na przyjazd mojej Kuzynki w przyszłym tygodniu na weekend (w zasadzie - to będzie jeden dzień tylko, ale nie wyobrażam sobie, by bliska mi osoba miała płacić za bilety tramwajowe, czy tego typu rzeczy; miałabym na to pieniądze, ale Tata się uparł...) Co do sukienki - to będzie sukienka "codzienna", choć z nutką retro. Uznałam, że tak najlepiej się czuję - w koszulach zakładanych pod sweter, w sukienkach (także za kolano) czy berecie noszonym do płaszcza. Chyba odnalazłam odwagę, by wyrażać siebie poprzez strój.
A to zdjęcie, które dzisiaj zrobiłam. Zdaję sobie sprawę, że nie jest idealne (ten znak... I ucięty zamek...) 

No i przepyszna czekolada z Wedla!

Zjadłam 4 tosty - 2 z żółtym serem i 2 z pastą warzywną i serem (Ł kupił opiekacz, więc miał on dziś swój debiut). Zamówiłam też dzisiaj na Vinted spodnie - materiałowe, brązowe w kratkę. Bardzo jestem ciekawa, czy będą na mnie dobre (rozmiar 32). Ostatnio Mama kupiła mi dżinsy, do których nie będę musiała zakładać paska - na wiek 12-13 lat... 

Leżę na łóżku i czytam książkę na jutrzejsze zajęcia. Rozmawiałam z Mamą przez telefon (i wczoraj w nocy, gdy byłam jeszcze w domu i nie mogłam zasnąć) - jest lepiej. Nie wiem, jak długo potrwa ten stan, ale na razie cieszę się, że jest dobrze - to nie jest już tylko monolog Mamy, lecz normalny dialog. 

Jutrzejszy dzień będzie długi - mam zajęcia od 9:45 z okienkiem od 11:15 do 13:15 i kolejnymi zajęciami do 18:15. Umówiłam się na kawę w czasie okienka z koleżanką, więc przynajmniej na chwilę się zrelaksuję. 


niedziela, 14 listopada 2021

35 Góra lodowa

Uwielbiam takie podejście: "to wszystko to pewnie przez to, że nie chce Ci się przygotowywać jedzenia" albo "jesz nieregularnie i odzwyczajasz się od jedzenia, więc jest Tobie łatwiej nie jeść". Dlaczego problem upatrywany jest tylko w jedzeniu? On przecież leży głębiej, ja to wiem. Jedzenie to tylko wierzchołek góry lodowej nazywanej: zaburzenia odżywiania. Muszę dostać się pod powierzchnię i zobaczyć, co stanowi podstawę tej góry - w przeciwnym razie mogę próbować roztopić szczyt, ale nie poradzę sobie z tą większą częścią, która ukryta jest gdzieś w środku (mnie). 

sobota, 13 listopada 2021

34 Dużo się dzieje

Od czasu publikacji ostatniej notki sporo się działo - byłam wreszcie w kinie z Ł na "Diunie" (nie czytałam książki, na której jest ona oparta, więc przez połowę filmu nie ogarniałam, o co chodzi, ale potem było już lepiej), spotkałam się z koleżanką, która choruje na anoreksję i sobie porozmawiałyśmy trochę... Napisałam do SOWY (Studenckiego Ośrodka Wsparcia i Adaptacji) i umówiłam się na wizytę do psychologa (liczę, że podpowie mi, czy powinnam iść na terapię, czy co w ogóle robić)... Do Krakowa wracam w poniedziałek rano. Nie załatwiłam wcześniej biletów i musiałabym stąd wyjechać już o 9:00, a nie chcę marnować niedzieli w pociągu... Pewnie zostawię walizkę na dworcu (widziałam specjalne miejsce, gdzie można to zrobić) i pojadę prosto na uczelnię. Ł jest na mnie trochę zły (tak, moi Rodzice wpłynęli na moją decyzję o tym poniedziałkowym wyjeździe - nie chciałam znowu się kłócić, wiem, słaby argument...), ale mam nadzieję, że będzie dobrze. Mama mnie denerwuje. Dzisiaj wyzwała mnie od "niemot", bo nie mogła znaleźć jakichś nożyków do maszynki do mięsa, a ponoć ja 2 tygodnie temu wynosiłam te nożyki do piwnicy. W piwnicy oczywiście tych nożyków nie było, w żadnej szufladzie w kuchni także, przepadły gdzieś. 
Ważę 41,5 kg bez ubrania, ważyłam się wczoraj. Czuję się dobrze, zjadłam parę ciastek, które kupiłam na podróż z Krakowa do domu i które zostały... i pewnie zjem je wszystkie. Mam na nie ochotę.
Boli mnie głowa, napiję się czegoś zaraz. Za 2 tygodnie przyjeżdża do Krakowa moja Kuzynka i mam zamiar opowiedzieć Jej o swoim zaburzeniu... Ona domyśla się czegoś; ostatnio byłam u Niej i Jej Mamy, i za bardzo nie chciałam jeść (jadłam wcześniej pierogi ruskie i po prostu nie miałam siły i ochoty na nic)... Widziałam, że przygląda mi się przy stole, ale przez wzgląd na mojego Tatę, nic nie powiedziała. Sama zresztą napisała do mnie kilka dni temu: "widzę, że coś się dzieje". 

sobota, 6 listopada 2021

33 Nie wiem, czego chcę

Miałam dzisiaj wybrać się do kina z Ł, ale dopadło Go "coś" (przeziębienie? Grypa? Covid?) i leży w łóżku. Ja nadrabiam seriale (Skazaną i Monka). W przyszłym tygodniu na pewno spotkam się z pewną dziewczyną (przyjaciółką mojej Przyjaciółki), która też choruje na anoreksję, ale jest w procesie zdrowienia. Do tej pory rozmawiałyśmy tylko na Messengerze. 

Co u mnie poza tym, że czas dzielę między uczelnię/mieszkanie/dom? Przeglądam oferty pracy, staram się jeść normalnie i korzystać z życia, poznając Kraków i pozwalając sobie na małe przyjemności jak rozgrzewająca herbata kupiona w klimatycznym sklepiku i wypijana codziennie wieczorem czy kubek latte pomiędzy zajęciami. Odwiedzam antykwariaty, księgarnie, spaceruję po Plantach. 

Codziennie dzwonię do domu i wysłuchuję narzekań mojej Mamy na pracę i życie. Nie pyta, co u mnie i co jadłam. Z jednej strony czuję ulgę, bo nie muszę się nikomu spowiadać, a z drugiej... Mogłabym zagłodzić się na śmierć i Ją to by nie obeszło... Wagi nadal nie mamy, ale czuję, że przytyłam, mimo że nie jem jakoś dużo (ostatnio był to bigos bez mięsa i frytki na obiad). 

Sama nie wiem, czego chcę - czy chcę być zdrowa i przytyć, ale być nieszczęśliwa (?), czy chcę być chuda i szczęśliwa, ale... Prawdopodobnie z wyniszczonym organizmem. 

Zjadłam dzisiaj bigos bez mięsa na obiad, a teraz dwie kanapki z nutellą na kolację. Śniadania nie jadłam, bo bolał mnie brzuch (dostałam okres, a u mnie zawsze pierwszy dzień jest tragiczny). 

Nie wiem, czego chcę i co powinnam zrobić, żeby wreszcie siebie zaakceptować. Dzisiaj, myjąc się rano, patrzyłam w lustrze, czy wystaje mi kręgosłup. Nie wystaje tak bardzo jak dawniej i stąd wywnioskowałam, że przytyłam. Zasmuciło mnie to. Nazywam swoje emocje i patrzę na nie z perspektywy czasu - to pomaga uczyć się moich reakcji na (i w) określonych sytuacjach. Przed chwilą zjadłam kanapki z nutellą i zaczynam się zastanawiać, czy to nie za dużo. Dzisiaj mało chodziłam (tylko do sklepu), a zjadłam sporo (?). 

Edit: przez przypadek Ł rozbił termometr rtęciowy, więc przełączyłam się na tryb zadaniowy. Wietrzymy teraz pokój, a ja mam nadzieję, że wszystkie kuleczki rtęci udało nam się wyzbierać...



niedziela, 31 października 2021

32 Jak zwykle

Jak zwykle - przesadziłam z wizualizowaniem sobie tego jak zareaguje moja Mama. Ona jest typem osoby konfrontującej się od razu z każdym problemem, więc gdy tylko weszłam do domu, wyjaśniła mi, o co Jej chodziło. Między nami panują nadal chłodne relacje, chociaż rozmawiamy. Pomogłam przy obiedzie, pozmywałam, zjadłam dwa kawałki ciasta i nie marudziłam, że w zupie pływa niewiadomo co. Mam podobno zabrać do Krakowa bigos z mięsem. Kawałki są na tyle duże, że bez problemu je wyłowię. Wczoraj z Tatą i Siostrą byliśmy u mojej Babci oraz poszliśmy na cmentarze, gdzie leży mój Dziadek (mąż Babci) i inne osoby z mojej rodziny od strony Taty. Babcia zafundowała nam obiad w restauracji, więc skorzystałam z tego i zamówiłam sobie porcję ruskich pierogów (uwielbiam je). Potem pojechaliśmy do Siostry Taty i odwiedziliśmy moich Kuzynów. Zaprosiłam Kuzynkę do Krakowa, o czym jeszcze Jej napisałam później, zatem listopad zapowiada się bogaty w towarzyskie spotkania (moja Przyjaciółka także ma przyjechać do Krakowa, jak tylko poprawi się Jej ze zdrowiem). Siedzę teraz i piszę pracę na studia. Wieczorem jedziemy pozapalać znicze na pobliskich cmentarzach i już cieszę się na tę spacery. Bardzo lubię takie wieczorne wędrówki pośród palących się zniczy, szelestu liści pod stopami i tą jedyną w swoim rodzaju atmosferą... Przemijania? Nie wiem sama, jak mogłabym określić to odczucie. 

Wracam do pisania pracy. Postaram się ją dzisiaj mniej-więcej nakreślić, a poprawiać będę ją jutro. Muszę ją wysłać do wtorku. Mam do przeczytania jakieś dwie książki (jednej nie mogę nigdzie znaleźć w Internecie... Czyżbym musiała założyć konto biblioteczne...?). Na szczęście nie muszę spieszyć się z lekturą - mam na nią około dwa-trzy tygodnie. 

(Mam ogromną ochotę na gorącą czekoladę w Wedlu! Jesień kojarzy mi się właśnie albo z kakao, albo z czekoladą do picia...)

Ważyłam się. 42 kg w ubraniu. Nie schudłam. Myślę, że będę próbowała utrzymywać taką wagę.

czwartek, 28 października 2021

31 Mam 25 lat i boję się

Dzisiaj w planie zajęć mam tylko wykład, na który idę przez piękny park. Sam wykład w zasadzie nie jest bardzo ciekawy - chodzę na niego w zasadzie tylko dla obecności (Wykładowczyni zapowiedziała, że wszystkie prezentacje gdzieś nam udostępni). Jest to też dzień, kiedy mogę dłużej pospać i się polenić. Do domu wracam jutro. Moja Mama jest na mnie zła - według Niej kłamię w kwesti zajęć, chociaż wczoraj wysłałam Jej plan. Uważa, że ten piątek na pewno mam wolny (mam ćwiczenia) i że nie chcę wracać do domu... Rozmowy z Nią od kilku dni wyglądają tak samo: mówi, mówi, mówi i nie pyta mnie ani o zajęcia, ani o jedzenie. A wszystko przez to, że podczas którejś z rozmów zbyt długo(!) zawahałam się, opowiadając o zajęciach na uczelni plus mówię Jej otwarcie, że nie jem tu mięsa, a przecież mięso muszę (!) jeść jako "anorektyczka" - "bo inne produkty nie dostarczają tych składników, które akurat w tym mięsie są". A, no i ostatnio przed tym okresem milczenia telefonicznego, wysłała mi trochę więcej pieniędzy, chyba po to, żeby było mnie stać na to cholerne mięso... Ł w ogóle dziwi się, że Rodzice dają mi tylko 100 zł na tydzień. Dzielimy się zakupami - jednego dnia On kupuje pieczywo, drugiego ja, czasami ja kupię np. kapsułki do prania, a On zabierze mnie na pizzę... Wiadomo - kapsułek do prania nie kupuje się co tydzień, ale bułki już trzeba kupić codziennie. 

Rozglądam się za pracą raczej zdalną niż stacjonarną - mój plan zajęć jest szalony i praca nawet na pół etatu byłaby niemożliwa (półtoragodzinne okienka w środku dnia a zajęcia do 18:00). Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi (formuła tego bloga jest taka a nie inna i płynę tu ze słowami a nie myślę nad perfekcyjną konstrukcją zdania), chyba nawet nieźle piszę i może poszłabym w kierunku pracy zdalnej polegającej na pisaniu właśnie... Nie wiem, na razie tylko gdybam. Wiem, że takie zajęcie sprawiłoby mi i radość, i dało satysfakcję. 

Muszę wstać, umyć włosy, żeby zdążyły mi wyschnąć przed wyjściem i coś zjeść. Wczoraj jadłam bardzo mało - kanapkę rano, potem słodką bułkę i późnym wieczorem trochę tajskiego wege jedzenia, które mi w ogóle nie smakowało (jedzenie było na wynos i z nieznanej nam wcześniej knajpki; nasze ulubione albo nie dowoziły już, albo danie plus dowóz kosztowało ponad 100 zł). A, no i wypiłam kawę z koleżanką w Coscie. Załapałyśmy się na promocję na latte za 6 zł i nawet udało nam się usiąść w środku. 

Do tego ośrodka pomocy studenckiej nie dzwoniłam jeszcze. Nie wiem, czy akurat teraz jest mi potrzebna pomoc. Zważę się w domu, w piątek wieczorem. Albo zważy mnie Mama i urządzi awanturę... Znowu o coś. Na pewno będzie się gniewała z jakiegoś powodu. Wiem to. Piszę to i mam łzy w oczach, bo nie umiem myśleć o sobie jako o dorosłej kobiecie, tylko ciągle mam w sobie strach małej dziewczynki, na którą Mama może nakrzyczeć i nawet uderzyć. Nie umiem wyrwać się z tego schematu. Za każdym razem, gdy mam o czymś ważnym porozmawiać z Mamą, od lat zachowuję się tak samo - zbiera mi się na płacz, trzęsę się, nie umiem patrzeć Jej w oczy i drży mi głos. Mam 25 lat i boję się. 



piątek, 22 października 2021

30 Piątek - odpoczynku początek

Długo zbierałam się za napisanie tego posta. A dzisiaj, ponieważ akurat okazało się, że nie mam zajęć i że uda mi się zostać w Krakowie na weekend, postanowiłam troszkę Wam opowiedzieć, co u mnie słychać.

Studia - oswoiłam się już z dziwnym dla mnie trybem - "te zajęcia tu, te na innej ulicy, a tamte pół kilometra dalej" i udaje mi się dość sprawnie pokonywać odcinki moich tras. Mam już kilka zadań do wykonania na studia i dzisiaj je poprzygotowuję i może kilka nawet ukończę.

Ludzie - ci z kierunku i pokrewnych, z którymi mam wspólny wykład, są całkiem mili. Z jedną koleżanką zakumplowałam się bardziej, ale nie zamykam się na innych.

Jedzenie - dwa dni temu miałam okropny kryzys jedzeniowy, gdy usłyszałam bardzo niemiłe słowa od pani, która chyba sama chciała się dowartościować, obrażając przy tym mnie. Poza tym - jem dość regularnie. Nie liczę kalorii (robi to za mnie Ł i zdarza Mu się zasugerować mi - "dzisiaj było 1000, zjedz coś jeszcze"), nie ważę się, bo nie mam tu na czym, ale raczej (?) nie chudnę, ale i nie tyję. 

Ruch - myślę, że jak na swoje standardy sporo chodzę (przedwczoraj było to 12498 kroków).
Taka piękna jesień w Krakowie 🍁

Rodzice - wydaje mi się, że już w pełni zaakceptowali moje mieszkanie u Ł i z Ł. Mama często dopytuje, co jadłam, a ja wysyłam Jej zdjęcia jedzenia... Trochę to dziecinne, ale wiem, że tylko szczerością mogę sobie pomóc (i pokazać Mamie, że zachowuję się odpowiedzialnie w tej kwestii). 

Terapia/leczenie - i koleżanka, i moja Przyjaciółka zaproponowały mi pewną organizację/instytucję na mojej uczelni, która m.in może pomóc mi w znalezieniu specjalisty. Wystarczy, że napiszę do nich maila i opiszę swoją sytuację. Zamierzam zająć się tą sprawą w najbliższych dniach. 

Pewnie troszkę Was dziwi, że powiedziałam prawie obcej osobie (koleżance) o moim zaburzeniu. Sytuacja wyniknęła bardzo naturalnie. Zaprosiłam koleżankę na kawę (swoją drogą, polecam Kaffebageri Stockholm - piękne wnętrza, przemili bariści i ponoć wspaniałe bułeczki) i właśnie przy składaniu zamówienia koleżanka zdziwiła się, dlaczego biorę tylko kawę, a nie (jak ona) kawę i bułeczkę. Zdecydowałam się powiedzieć jej o anoreksji (?) (Przepraszam, ale dziwnie nadal się czuję, nazywając tę chorobę po imieniu). Kolezanka zaoferowała mi wsparcie psychiczne, ale i wspomniała o tej organizacji/instytucji, o której piszę wyżej. Stwierdziłam, że szczerość przyniesie więcej dobrego niż pokrętne tłumaczenia w stylu - boli mnie żołądek/ząb/etc. 

Powoli wstaję z łóżka i przygotowuję się do tego dnia. Życzę Wam spokojnego, dobrego piątku! I lecę Was poodwiedzać.

Trzymajcie się!

czwartek, 14 października 2021

29 Bzdurki

Coś mnie bierze - pobolewa i drapie mnie gardło, czuję się "rozbita" i prawie nie mam apetytu. Mój czytnik e-booków cudownie się naprawił (nagle wskoczyły wcześniej dodane przeze mnie książki). Przepraszam, ale nie mam teraz głowy do napisania recenzji tej pozycji, o której wspominam od jakiegoś czasu - studia mnie trochę pochłonęły. 

Jem dosyć dużo jak na siebie... Ogólnie. Czasami mam tylko dni, gdy zjadam tylko śniadanie i obiado-kolację, ale do tej pory zdarzyło mi się to jedynie dwa albo trzy razy. 

Czytam Wasze blogi, czasami komentuję - nadrobię je w pociągu jutro, wracając do domu. Będę dzisiaj smażyła naleśniki (będziemy, bo Ł bardzo zapalił się do tego pomysłu). Dzisiaj jadłam płatki na mleku, potem batonika (czekoladowego!), a teraz będą te naleśniki. Może wieczorem zamówimy pizzę. Ł na razie nie może wychodzić z domu, bo jest chory - źle się czuje i możliwe, że coś od Niego podłapałam. 

Dzisiaj też Ł udowadniał mi, że mam "szczupłe" nogi, fotografując mnie. W ogóle dzisiaj po raz pierwszy od niepamiętnych czasów założyłam sukienkę na uczelnię. Podbudowałam tym drobnym aktem "odwagi" swoją pewność siebie (miałam tylko jeden wykład, no ale...). 

Lecę smażyć naleśniki. 

Edit: mam katar, gardło już mnie nie boli. Piję właśnie herbatę z miodem i konfiturą.